Facebook Instagram YouTube Wydawnictwo Dehon

Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego

Prowincja Polska

  • Home
  • Cel projektu
  • O nas
  • Założyciel
  • Prawa autorskie i udostępnianie
  • Kontakt

Wyszukaj

Anuluj
  1. Strona główna
  2. Sylwetka wewnętrzna sercanina. Główne linie naszej duchowości
ks. Władysław Majka SCJ

Sylwetka wewnętrzna sercanina. Główne linie naszej duchowości

wrz 1, 2000

Źródło: W. Majka, Sylwetka wewnętrzna sercanina. Główne linie naszej duchowości, Kraków 1982. 


Pozwalamy drukować

Ks. Czesław Kunda SCJ

Prowincjał

 

 

Kraków, dnia 24 sierpnia 1982 r.

 

 

Ks. Władysław Majka

Sercanin

 

 

SYLWETKA WEWNĘTRZNA SERCANINA

GŁÓWNE LINIE NASZEJ DUCHOWNOŚCI

Kraków 1982

 

Kompilacja ta przeznaczona jest dla naszej młodzieży zakonnej.

Powstała z urywków książki „ I uwierzyliśmy miłości”, z fragmentów maszynopisu „Odnowa ducha” i z wyjątków nauk rekolekcyjnych.

 

WPROWADZENIE

RACJA ISTNIENIA W KOŚCIELE ŻYCIA ZAKONNEGO

 

W Konstytucji o Kościele czytamy:

,,Stan ten naśladuje wierniej i ustawicznie uprzytamnia w Kościele tę formę życia, jaką obrał sobie Syn Boży przyszedłszy na świat”.

(KK 44)

     Zakony są więc a przynajmniej powinny być tymi regionami Kościoła, dzięki którym świat najłatwiej poznać może, że Chrystus nadal żyje w Kościele – całym szaleństwem swojego posłuszeństwa – szaleństwem życia nie dla siebie lecz dla Boga i ludzi. Są one zatem żywym, ustawicznym świadectwem, że jest to Kościół Chrystusowy – dowodem jego świętości.

     Świadectwo to zakony dają przez swoje życie dziewicze, przez swoje ubóstwo wzorowane na ubóstwie Chrystusowym, przez swoje posłuszeństwo na wzór posłuszeństwa Chrystusowego, przez swoje życie zjednoczenia z Bogiem i oderwania od świata, chociaż żyją pośród świata.

     Dawanie tak pojętego świadectwa jest główną racją istnienia w Kościele życia zakonnego, a więc dla życia zakonnego czymś najistotniejszym. Dlatego nie wolno nam z niego zrezygnować – wprowadzać do zakonów takich rzeczy, które by przeszkadzały zakonnikom w dawaniu tego podstawowego świadectwa lub uniemożliwiało je. Nawet rzecz tak ważna jak apostolstwo czynne liczyć się musi z tym zasadniczym wymogiem życia zakonnego, musi być ono całe przepojone duchem zakonnym.

     Tak pojęte dawanie świadectwa przez praktykę rad ewangelicznych wspólne jest wszystkim zakonom i zgromadzeniom zakonnym. (O. Kazimierz Hołda, redemptorysta).

 

TAKŻE I PRZEZ TO CO JE DZIELI.

 

Że Chrystus żyje nadal w swoim Kościele zakony mają to objawiać

jeszcze w drugi sposób nie tylko przez praktykę rad ewangelicznych

- nie tylko więc przez to co im wspólne, co je łączy. Zadania ukazywania Chrystusa mają wypełniać także i przez to co je dzieli, specyfikuje. W Konstytucji o Kościele spotykamy bowiem takie sformułowanie:

     „Zakonnicy gorliwie starać się mają o to, by za ich pośrednictwem Kościół z biegiem czasu coraz lepiej, zarówno wiernym jak i niewierzącym, ukazywał Chrystusa, bądź to oddającego się kontemplacji na górze, bądź zwiastującego rzeszom Królestwo Boże, bądź uzdrawiającego chorych i ułomnych, a grzesznych nawracającego do cnoty, bądź błogosławiącego dzieciom i dobrze czyniącego wszystkim, a zawsze posłusznego woli Ojca , który Go posłał”.

     Myśl zawartą w tym zdaniu inaczej tak można wyrazić:    

Każdy zakon ma sobie właściwą duchowość, zrodzoną z charyzmatu swojego Założyciela czy Założycielki. Polega ona na tym, że dane zgromadzenie zwraca szczególną uwagę na którąś z tajemnic życia Chrystusowego, czy na jakiś odcinek Jego działalności w czasie Jego ziemskiego życia. Próbuje niejako kopiować je własnym życiem.

     I tak są w Kościele zgromadzenia, które próbują odtwarzać cześć i miłość, jaką Chrystus otaczał swoją Matkę: są to zgromadzenia o duchowności maryjnej. Inne zwracają szczególną uwagę na tajemnicę Nazaretu. Jeszcze inne (lub równocześnie) próbują odtwarzać Chrystusa nauczającego, troszczącego się o chorych, dzieci, błądzących. Zakony kontemplacyjne próbują odtwarzać swym życiem Jego pogrążenie w Ojcu. Inne, Jego mękę.

     Każda z tych duchowności jest w Kościele jakby jednym kamykiem olbrzymiej mozaiki. Zestawione razem w cudowny sposób objawiają wierzącym i niewierzącym, że Chrystus wciąż żyje w swoim Kościele, ze swoimi tajemnicami i swoją działalnością.

     Na te dwa sposoby, jest życie zakonne znakiem obecności Chrystusa w Kościele. I to jest według Konstytucji, naczelnym zadaniem zakonów w Kościele  (O. K. Hołda, redemptorysta).

 

 

SYLWETKA WEWNĘTRZNA SERCANINA

 

GŁÓWNE LINIE NASZEJ DUCHOWNOŚCI

 

Każdy zakon ma swoją duchowność. Rozumiemy przez nią zespół pojęć, uczuć, aspiracji, wśród których rozwija się życie nadprzyrodzone danego zakonu. Duchowość uzależniona jest od tego, którą tajemnicę Chrystusowego życia, lub jaki odcinek Jego ziemskiej działalności, dany zakon przede wszystkim odtwarza w Kościele i od charyzmatu, jakiego w tym celu Duch Święty udzielił Założycielowi lub Założycielce. Charyzmat zaś, jest to łaska głębszego wniknięcia w którąś prawdę Ewangelii, łaska jakby olśnienia tą prawdą.

     Przedstawić chcemy główne linie naszej duchowności, jak ją pojmował O. Założyciel, nakreślić jakby sylwetkę wewnętrzną sercanina, wzbogaconą przez Sobór Watykański II.

     Mówimy „sylwetkę wewnętrzną”, gdyż jeśli idzie o naszą działalność zewnętrzną, członkowie Zgromadzenia, różnią się znacznie jedni od drugich. Ekonom domu, biskup, profesor wyższej uczelni, katecheta, misjonarz ludowy, dziennikarz, proboszcz, dyrektor firmy wydawniczej, misjonarz w Indonezji, Zairze czy gdzie indziej, itp. Jeśli jednak od zewnątrz tak bardzo się różnimy jedni od drugich, rodzajem pracy i stanowiska, to od wewnątrz wszyscy są, a przynajmniej powinni być sobie podobni: żyć tą samą duchowością sercańską.

     Spróbujmy ją przedstawić.

 

Pierwszy rys naszej duchowności:

OLŚNIENIE NAJŚWIĘTSZYM SERCEM JEZUSA I JEGO MIŁOŚCIĄ DLA MNIE

Posłużmy się tym  doświadczeniem. Gdy  słońce  zagląda do  naszego mieszkania,  stańmy   przy   oknie,  przymykając   oczy,   podnieśmy  twarz ku słońcu. W tej chwili czujemy, że zalani jesteśmy potopem światła i ciepła. Wszystko inne tracimy z oczu, jakby dla nas nie istniało. Ów potop światła przykuwa naszą uwagę, zagarnia dla siebie większą część pola naszej świadomości. Dokoła nas są różne przedmioty, sprawy – stały się one jednak czymś drugoplanowym. W tej chwili, dla nas rzeczywistością narzucającą się nam, jest morze zewsząd zalewającego nas światła. Ono koncentruje na sobie niemal całą naszą uwagę i przesłania sobą wszystko inne tak, że reszta jest tylko czymś drugoplanowym.

     Wyobraźmy sobie teraz, że odchodzimy od okna, a że pomimo to, dopiero co opisane wrażenie, iż zalani jesteśmy tym potopem światła i ciepła, nie urywa się wcale. Idzie z nami wszędzie: do kaplicy, ogrodu, urzędu, w podróż, towarzyszy nam w pracy. Kładziemy się wieczorem na spoczynek, zalani tym morzem światła. Odzyskujemy to wrażenie wkrótce po przebudzeniu się. Z nim żyjemy i umieramy.

 

NA MIEJSCE SŁOŃCA

Podstawmy teraz na miejsce słońca prawdę: „ Boski Zbawicielu miłujesz mnie bezmiarem niewypowiedzianej, najtroskliwszej miłości”. I wyobraźmy sobie, że prawda ta na stałe wywiera na nas podobne wrażenie, jak ów potop światła, dopiero co opisany. W tym znaczeniu, że w naszym życiu wewnętrznym, przed wszystkimi innymi sprawami, ona wysunęła się na pierwszy plan. Urzeka nas tak bardzo, że ustawicznie przykuwa naszą uwagę, jak ów potop światła. Myśl o bezmiarze osobistej, indywidualnej miłości Boskiej Mistrza dla mnie, nie opuszcza mnie, idzie za mną wszędzie. Pracuję pod jej wrażeniem, modlę się, udaję się w podróż. Ona opromienia sobą wszystko, co czynię, moje troski i cierpienia, obawy o moją przyszłość, o moich drogich. Jest w moim życiu czymś tak centralnym, jak słońce w świecie fizycznym, który nas otacza.

 

CO CZYNIĆ?

Co czynić, aby urobić sobie tak wielkie pojęcie o miłości Chrystusa dla mnie – by zostać nią olśnionym?

     Są trzy najważniejsze dowody miłości, jakie Chrystus nam dał: Wcielenie, Krzyż, Eucharystia.

     Wcielenie. Aby mnie szczęśliwym uczynić, stał się jednym z nas. Bóg – stworzeniem! A gdybym to ja z miłości dla mrówki stał się mrówką? Samo przypuszczenie wydaje się szaleństwem. A jednak przypuśćmy nawet jego możliwość, miałbym do przebycia tylko niewielką odległość: stworzenie stałoby się stworzeniem. On dla mnie pokonał nieskończenie większą przestrzeń: będąc Bogiem, stał się stworzeniem.

     Krzyż. Dla mojego szczęścia zapomniał o sobie, wziął na siebie cierpienie, mękę i śmierć. A gdyby tego zaszła potrzeba, nie zawahałby się raz jeszcze cierpieć i umrzeć, za mnie samego.

     Eucharystia. Bóg – Człowiek okruszyną Chleba! A przyczyną tego miłość dla mnie.

     Już każdy z tych trzech dowodów z osobna jest czymś tak niesłychanym, że powinienby zmiażdżyć nas swym ogromem. Dowody te, niestety, nie wywierają na nas większego wrażenia. Często nic nam nie mówią. Spowszedniały nam, gdy od dzieciństwa często o nich słyszeliśmy. Oswoiliśmy się z nimi. Co więcej, swym ogromem przerastają one całkowicie naszą maleńkość. Toteż niemal nie dostrzegamy ich, podobnie jak mrówka nie dostrzega góry, u której stóp się znajduje.

     Wcielenie, Krzyż, Eucharystia są, jakimś szaleństwem natchnionym przez miłość – tak ogromnym, że przerasta ono nasze pojęcie.

     Warto przeczytać, co na ten temat napisał kardynał Journet w swej książce „Msza Święta’, Św. Wojciecha, wyd. I. s. 212-213). 

Gdy w jakiejś godzinie łaski uświadomimy sobie lepiej którąś z tych prawd, zdumiewamy się. Szczególnie, jeżeli potrafimy wyobrazić sobie, że Syn Boży uczynił to wszystko dla mnie tak, jakbym tylko ja sam był na ziemi.

 

DOPASOWAĆ DO NASZEJ MALEŃKOŚCI

Co czynić w tych okolicznościach, by ożywić naszą wiarę w miłość? Nie ma innego sposobu tylko musimy niejako rozdrobić ten ogrom dowodów Chrystusowej miłości – dopasować do naszej maleńkości. Wtedy łatwiej uświadomimy sobie jej bezmiar.

     W tym celu musimy nawiązać do naszych własnych doświadczeń i przeżyć. Znaleźć jakąś miłość ziemską, która w swoim czasie, być może, wywarła na nas wielkie wrażenie. Posłużyć się nią jakby punktem wyjściowym, analogią, dla wyobrażenia sobie bezmiaru miłości Chrystusowej dla mnie.

     W taki sposób zresztą zazwyczaj powstają nasze wyobrażenia o Bogu i Jego przymiotach. Doskonałości zauważone w stworzeniach podnosimy do potęgi nieskończonej i przypisujemy je Bogu. W podobny sposób musimy postąpić także i w tym wypadku.

     Święta Teresa od Dzieciątka Jezus w swych latach dziecięcych odczuła głęboko serdeczną życzliwość i troskliwość swojego ojca. Przeżycie to pomogło jej później do urobienia sobie wielkiego wyobrażenia o dobroci Boga.

     Gdy później w klasztorze jej życie wewnętrzne doszło do pewnego stadium rozwoju,  samo narzuciło się jej bowiem takie rozumowanie: „Skoro mój ojciec ziemski, chociaż był on tylko człowiekiem, potrafił być dla mnie taki dobry, że mogłam zaufać mu bez reszty – jak nieskończenie lepszym, troskliwszym musi być dopiero Pan Bóg! Przy Jego dobroci i życzliwości nawet największa dobroć ziemska wygląda na złość”. Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre rady swoim dzieciom, o ileż bardziej wasz Ojciec, który jest w niebie, da to co dobre, tym którzy Go proszą” (Mt 7, 11).

     Świętej Teresie od Dzieciątka Jezus za punkt wyjściowy dla wyobrażenia sobie bezmiaru miłości Boga posłużyła więc dobroć i życzliwość jej ziemskiego ojca. Jej „Droga dziecięctwa duchowego” taki miała początek.

 

INNY PUNKT WYJŚCIOWY

Gdy   idzie  o nas, być  może,  najbardziej   odczuliśmy  w  życiu  miłość  naszej

matki. Nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy posłużyli się jej dobrocią dla wyobrażenia sobie bezmiaru miłości indywidualnej Boga-Człowieka dla każdego z nas. Nie obawiajmy się przy tym zarzutu sentymentalizmu. Nawet encyklika „O mistycznym Ciele Chrystusa” posługuje się porównaniem matki. Powiada o Chrystusie:

     „Każdego z członków swojego Ciała mistycznego od pierwszej chwili swojego wcielenia, zna On nieskończenie jaśniej i miłuje nieskończenie więcej, niż matka to dziecko, które przyciska do swoich piersi, niż każdy zna i miłuje samego siebie” – „Nieskończenie więcej”, powiada encyklika.

     Tertulian napisał w pierwszych wiekach: „Nikt nie jest bardziej matką niż Bóg”.

     Emil Fiedler w swej książce „Dobry Bóg” tak pisze: Gdybym wrócił do mej matki, bardzo nieszczęśliwy, zawiedziony przez życie, opuszczony od ludzi i od moich przyjaciół, to wówczas matka moja by mnie pocieszała i podwójnie dobrą byłaby dla mnie, widząc mnie samotnym i opuszczonym.

     I gdybym stracił cały majątek i stanowisko i stał się żebrakiem, wówczas dawni znajomi odwracaliby się ode mnie przy spotkaniu, a gdybym zadzwonił do ich drzwi, to bym je zastał zamknięte, wszyscy bowiem baliby się, iż przychodzę o pomoc ich prosić.

     Ale wtenczas moja matka podwójnie szeroko drzwi by mi otwarła, dlatego właśnie, że stałem się biednym i że więcej nikt znać mnie nie chce.

     I gdybym sławę stracił i stał się złodziejem, i musiał uciekać, i przyszedłbym w nocy do mej matki, to by mi otworzyła i ukryła mnie. Nakarmiłaby mnie i dała pieniędzy na ucieczkę, nawet gdyby sama miała przez dwa dni potem głodować. I nie powiedziałaby nikomu, dokąd uciekłem i nie miałaby chwili snu, ani spokoju, dopóki by mnie nie widziała w bezpiecznym ukryciu: i to chociaż straciłem dobre imię, a ją uczyniłem matką złodzieja.

     I gdybym został mordercą, a obraz mój był we wszystkich pismach, a moje i mej matki imię wydane byłoby na pastwę pogardy ludzkiej, i ona nie mogła przejść przez ulicę, by ludzie nie wskazywali na nią palcami, mówiąc: oto matka mordercy! – a jednak i wtedy by się mnie nie wyparła: poczyniłaby wszelkie wysiłki, aby mnie ratować, wyszukałaby dla mnie najlepszego obrońcę i opowiedziałaby

 mu, co  tylko o mnie  pamięta dobrego: wynalazłaby dla mnie tysiące

łagodzących okoliczności, szukając powodu, mogącego winę moją zmniejszyć. O niczym innym by nie myślała, jak o mnie, dniem i nocą, nocą i dniem.

     A nawet gdybym łaski nie znalazł i jako zbrodniarz musiał umierać, to znalazłbym zawsze łaskę i przebaczenie w sercu mojej matki.

     A jednak jest napisane: „ Gdyby nawet matka twoja mogła o tobie zapomnieć, to Ja, Bóg twój, nie zapomnę o tobie”.

     I wspomniałem na moją matkę i na tysiące zatroskanych matek – i wspomniałem na to, co rzekł Bóg.

     I zdziwiłem się, że są tacy chrześcijanie, którzy boją się Boga.

     (Emil Fiedler, „Dobry Bóg”, koniec rozdziału „Chrześcijaństwo pozbawione radości”).

 

     Tak więc miłość matki ziemskiej może posłużyć mi za punkt wyjściowy dla uzmysłowienia sobie bezkresu miłości Chrystusa dla mnie. Tylko za punkt wyjściowy. Nie zatrzymujemy się bowiem na niej dłużej niż potrzeba. Tyle tylko by ją podnieść do potęgi nieskończonej. Z chwilą, gdy oddała nam już tę przysługę, zapominamy o niej, urzeczeni tą olbrzymią, radosną rzeczywistością, jaką jest miłość Chrystusa dla każdego z nas, którą uświadomiliśmy sobie przy pomocy tej ziemskiej rzeczywistości, ograniczonej mimo wszystko, jaką jest miłość matki.

     Dodajmy na zakończenie, że to olśnienie Najświętszym Sercem Jezusa i Jego miłością narasta dopiero w miarę wzrostu naszej ofiarności w Jego służbie.

     (Stronice 149-151 książki: „I uwierzyliśmy miłości” posłużyć mogą za streszczenie tego pierwszego, podstawowego, rysu naszej duchowości; warto je przeczytać na zakończenie).   

 

Drugi rys:

 

BEZGRANICZNE ZAWIERZENIE     

Urobić sobie właściwe pojęcie o Chrystusie i o Jego miłości dla mnie,

to rozpętać wiosnę w mojej duszy, pełną światła, radości, zrywu, uczucia bezpieczeństwa – pomimo czarnych chmur na horyzoncie, pomimo własnej nędzy. Wszystko wtedy w moim życiu wewnętrznym będzie rozwijać się normalnie. Gdy będzie olśnienie Jego miłością,  z czasem zjawi się wszystko inne. Narośnie i ufność bezgraniczna – bo skoro Boski Zbawiciel tak bardzo mię miłuje, jakże nie zaufać Mu, nie powiedzieć: „Boski Mistrzu, z zamkniętymi oczyma powierzam Ci się na życie i śmierć. Dysponuj mną według własnego upodobania”. Zjawi się i miłość wzajemna dla Niego, ze wszystkimi swoimi przejawami. Będzie i pełnienie we wszystkim Jego woli, aż do najmniejszych Jego upodobań. Będzie i miłość Ojca, którego Chrystus miłuje miłością nieskończoną. Będzie i nie dająca mi spokoju troska o Kościół i zbawienie ludzi, skoro są to Jego najdroższe sprawy – będzie i pragnienie wynagrodzenia – i wszystko inne, co rodzi się z miłości. A im większe i żywsze będzie moje wyobrażenie o bezmiarze Jego miłości osobistej dla mnie, tym intensywniejsze będzie całe moje życie wewnętrzne.

     Z olśnienia Jego miłością dla mnie zrodzi się przede wszystkim bezgraniczna, ślepa ufność.

 

TAK MOŻEMY JĄ WYRAZIĆ

Boskie Serce Jezusa! Nie wiem, co dla mnie lepsze: życie długie czy krótkie, zdrowie czy choroba, powodzenie czy niepowodzenie, pobyt w tym miejscu czy innym, podróż czy pozostanie w domu, współżycie z tymi czy innymi osobami. Lecz wiem jedno: że jesteś Miłością i Mądrością – wiesz co dla mnie najlepsze – że na moim szczęściu więcej Ci zależy niż mnie samemu.

     Dlatego we wszystkim, co dotyczy mojej przyszłości, by Ci okazać jak bardzo Ci ufam i jak bardzo Cię kocham, zdaję się zupełnie na Twoją wolę. Podpisuję „in blanco” kartę mojego życia. Nie wiem i nie

pragnę wiedzieć, co na niej napiszesz – na wszystko z góry się zgadzam. Bez zastrzeżeń. W absolutnej ufności. Gdyż wiem, że to Twoja niewypowiedziana troskliwość o moje dobro będzie ją zapisywać. A wszystko, co postanowisz to będzie pochodzić z Twej nie do wyobrażenia życzliwości. Każdy więc akt Twojej woli pragnę uważać za najlepszy dla mnie, za objaw Twojej miłości.

     Spraw, abym przekonanie to zachował nawet wtedy, gdy zupełnie nie będę rozumiał dróg, którymi może będziesz mnie prowadził – nawet gdy spotka mnie to, co zwykli ludzie nazywają nieszczęściem. Abym i za to Ci dziękował, i uważał w ostatecznym obrachunku za najlepsze dla mnie.

     Wszystko zaś, co nie jest Twoją wolą, pragnę, by mi było obojętne: pobyt w tym miejscu czy innym, praca czy modlitwa, ten rodzaj pracy czy inny, cisza klasztoru czy rozgwar życia czynnego, i wszystko inne. Gdyż każdy z tych środków z chwilą, gdy Ty sam go dla mnie wybierzesz, będzie dla mnie najskuteczniejszy i zbliży mnie do świętości. W Twoim ręku nawet błoto wzrok może przywrócić.

     Tobie więc chcę zostawić troskę i zupełną swobodę rozporządzania tak głównymi liniami mojego życia, jak i szczegółami. Co mam czynić, to pełnić chwila za chwilą, Twoją wolę,  pełną życzliwości najtroskliwszej.

 

UWAGA

Podpis „in blanco” na karcie mojego życia, czyli zawierzenie Chrystusowi i zdanie się zupełnie na Jego wolę i upodobanie, jest dowodem nie tylko samej mojej bezgranicznej ufności. Podpis „in blanco” jest równocześnie także dowodem, przejawem mojej totalnej miłości. Pod warunkiem, że Jego wolę pełnię nie tylko dlatego, że jestem przekonany o tym iż to, co On  mi nakazuje, daje, zsyła, jest dla mnie najlepsze – lecz przede wszystkim pełnię ją dlatego, iż jest to Jego wola, Istoty mi Najdroższej. Pełniąc ją z tego powodu przede wszystkim, okazuję Mu jak bardzo Go kocham. Podpis „in blanco” będąc tym wszystkim, jest równocześnie postawą najbardziej wynagradzającą.

 

ŚWIĘTOŚĆ JEST MI DOSTĘPNA

A przede wszystkim ufam, że Twoja miłość sprawi, iż w moim życiu zrealizuje się sprawa jedynie ważna: że wzniosę się na wyżyny świętości, do jakiej tylko według planów Bożych jestem zdolny – pomimo całej mojej nędzy.

     Gdyby tak pewnego dnia powiedziano mi, że moja matka ma tę moc, iż potrafi uczynić mię świętym, w ów wieczór zasypiałbym z błogim uczuciem bezpieczeństwa i głębokim przekonaniem, że cel mojego istnienia osiągnę w stopniu najdoskonalszym, stając się tym, czym Bóg mnie chce mieć. Tymczasem rzeczywistość jest dla mnie jeszcze radośniejsza, bo uświęcenie moje zależy od Ciebie, Boski Zbawicielu.

     Wiem, że tu potrzeba cudu, i to większego od tych, o jakich opowiada Twoja Ewangelia. Lecz moja nędza nie stanie Ci na przeszkodzie, gdyż miłość Twoja dla mnie ma do swojej dyspozycji wszechmoc.

     Tego oczekuję od Twojej miłości. To co ona dla mnie uczyni, przewyższy moje oczekiwania. Chociażbym nawet do końca życia żadnej zmiany na lepsze w sobie nie dostrzegł, za łaskę Twoją pragnę tu ufność zachować. W Tobie, Boskie Serce Jezusa, swą ufność złożyłem i nie będę zawiedziony na wieki! In Te, Cor Jesu, speravi, non confundar in aeternum!

 

PROŚBA O WIARĘ W MIŁOŚĆ I UFNOŚĆ

Boski Mistrzu! Jedni odznaczają się w Twojej służbie heroicznym umartwianiem inni heroicznym posłuszeństwem, inni heroicznym ubóstwem, inni innymi cnotami. Co do mnie, ponad wszystko inne błagam Cię o bezgraniczną wiarę w Twoją miłość i wypływającą z niej ufność. Po miłości one niech będą ponad wszystkie inne cnoty rysem charakterystycznym mojego istnienia, jego tłem i słońcem – tą ogromną rzeczywistością, która by mi wszystko inne sobą przesłaniała, która by nadawała ton całemu mojemu życiu wewnętrznemu. Spraw, niech je zachowam nawet wtedy, gdy będzie może  mi się  zdawać, że  o mnie  zapomniałeś,  że  wszystko  przeciw mnie się obraca, że ziemia spod stóp mi się usuwa.

     Nie dopuść, abym kiedy miał zranić Boskie Twoje Serce najboleśniejszym dla Ciebie po nienawiści grzechem: nieufności, niedowierzaniem Twojej miłości. Tego najbardziej boję się w życiu, i zdaje mi się, że byłbym niepocieszonym w dniu, w którym spostrzegłbym się, iż zraniłem Twoje Boskie Serce przez przygnębienie, zniechęcenie, krzywdowanie sobie, przez zbytnią troskę i niepokój o to, co będzie, i o doczesną przyszłość. A byłbym niepocieszony nie dlatego, że poniosłem szkodę na duszy, lecz że okazałem nieufność Tobie, który troszczysz się o mnie więcej niż najidealniejsza matka i uczyniłeś dla mnie tysiące razy więcej niż ona.

     (Na zakończenie tego rozdziału, jako jego streszczenie, przeczytać można „I uwierzyliśmy miłości” str. 39 od połowy, do końca 41). 

 

Trzeci rys:

MIŁOŚĆ TOTALNA

 

Z olśnienia miłością Chrystusa zrodzi się z czasem, koniecznością psychologiczną, także wzajemna moja miłość dla Niego. Będzie narastać w miarę coraz doskonalszego poznania Go, i opanowania moich wad i namiętności, by stać się z czasem miłością totalną, obejmującą całą moją istotę.

     Tak ją można wyrazić:

     Pełni jesteśmy ułomności. Lecz przy wszystkiej naszej nędzy jedno wyprośmy i wywalczmy sobie: by nasze biedne serce ludzkie całe należało do Boskiego Mistrza. A należało tak niepodzielnie, byśmy odczuli w nim bolesny skurcz już na samą myśl, że między Niego a nas mogłoby wejść stworzenie i przywiązanie, które nie byłoby refleksem i koniecznym następstwem naszej miłości dla Niego.

     Na Nim skoncentrujemy wszystką naszą miłość. A skoro, nas, którzy poszliśmy  za  Nim, Jego  Boskie  Serce  otacza  miłością, w  której  zawarta jest

i miłość Ojcowska, i miłość macierzyńska, i miłość braterska, i miłość przyjaciela i wszystko – co w każdej z tych miłości nas zachwyca – z naszej strony dajmy Mu i tę miłość, jaką dziecko miewa dla swojego ojca, matki i tę, jaką się miewa dla swojego rodzeństwa, dla przyjaciela, jaką moglibyśmy powziąć do dusz napotkanych na drodze życia. Na nim skoncentrujmy to przywiązanie, które może moglibyśmy powziąć do zajmowanego przez nas stanowiska, miejsca, do przedmiotów materialnych, czy do czegokolwiek. Wyrzeknijmy się prawdziwie wszystkich tych materialnych przywiązań, a całą miłość dajmy Jemu.

     Bądźmy bardzo zazdrośni o to, by nasze serce całe należało do Chrystusa, tak że gdybyśmy o północy spostrzegli, iż jesteśmy do czegoś w sposób naturalny przywiązani – że istnieje w nas jakaś miłość, która nie  jest refleksem i koniecznym następstwem naszej miłości ku Niemu, nie powinniśmy czekać rana, tylko natychmiast, pomimo nocy, trzeba by nam z owym przywiązaniem się rozprawić.

     Tylko Boski Mistrz i ja. Między Nim a mną żadnego stworzenia. Nie z nakazu, nie dla nagrody, nie z obawy, ale z potrzeby serca, które zrozumiało, czym jest Chrystus i zostało urzeczone Jego doskonałościami i Jego miłością dla mnie.

     Czy w zimie brniemy przez zaspy, czy w słotę przez błota, czy w lecie idziemy miedzą wśród zbóż – czy jedziemy pociągiem, autobusem czy wozem – czy znajdujemy się w mieszkaniu, w szkole, czy w konfesjonale, wszędzie nośmy z sobą w duszy tę naszą miłość, jak i świadomość, że pomimo całej naszej nędzy, mimo zmienności pór roku i wszystkiego, co doczesne, nic w życiu nie mamy tylko Chrystusa, że do Niego należymy niepodzielnie: wszystkie zaś inne nasze miłości i przywiązania, to  tylko następstwo, rozszerzenie tej totalnej, jedynej miłości.

     Żyjmy możliwie ustawicznie w obecności Boskiego Mistrza. Niech On będzie nieodłącznym towarzyszem naszego dnia, naszych podróży czy przechadzek. Rozmawiajmy z Nim o wszystkim, o czym chcielibyśmy rozmawiać z ludźmi: o tym, co leży nam na sercu, czego może się obawiamy, czego oczekujemy lub co zamierzamy. Spotkało nas co radosnego i odczuwamy gwałtowną chęć, by podzielić się z kimś naszymi uczuciami – zamiast iść z tym do ludzi, czas im zabierać i niepotrzebnie zwracać ich uwagę na siebie, opowiedzmy szczegółowo to wszystko Boskiemu Mistrzowi.  Opowiedzmy tak, jak

opowiedzielibyśmy to może naszej matce, o której przecież wiemy, z jakim zainteresowaniem by nas słuchała, jak cieszyłaby się z nami lub współczuła, jak starałaby się nam doradzić, jak po naszym odjeździe myślałaby o tym cośmy jej opowiedzieli i gorąco by nas polecała Bogu. A Boskie Serce Jezusa to więcej niż matka.

     Jakiego uczucia musi doznawać Boski Zbawiciel, gdy na drogach życia napotyka taką słabą istotę ludzką, miotaną falami doczesności i ułomną, która jednak stara się, by całe jej życie do Niego należało – która nic nie ma w życiu tylko Jego, której On jest całą nadzieją. Staje się On dla niej więcej niż ojcem i matką. Ze wzruszającą troskliwością czuwa nad drobnymi nawet szczegółami jej życia. Używa całej wszechmocy, by w pełni zrealizowała się w niej najwyższa wartość naszego istnienia. Wola Boża. By stała się tym, czym Bóg jej przeznaczył by była w wieczności.

     Uczyńmy co możemy, by wszystko uczucie naszego serca tak należało do Chrystusa już od początku naszej służby Bożej, a nie dopiero wtedy, gdy, z dojrzałością i doświadczeniem przyjdzie rozczarowanie do stworzeń. Szczęśliwy młodzieniec, który już od nowicjatu naprawdę wszystko opuścił i nic w życiu nie ma tylko Chrystusa.

     Wiem, Chryste, że nigdy nie potrafię miłować Cię, jak tego jesteś godzien. Powinienembym bowiem miłować Cię nieskończenie, jak nieskończone są Twoje doskonałości. Sam tylko Ojciec ,tak Cię miłuje. Lecz proszę Cię daj mi tę łaskę, jak mi dajesz jej pragnienie, abym miłował Cię wszystką miłością, do jakiej tylko zdolnym mnie uczyniłeś.

     Miłuję Cię, gdyż jesteś mi w życiu i ojcem, i matką, i bratem, i siostrą, przyjacielem, doradcą, moim honorem, żywicielem, obrońcą, moim ołtarzem, i moją żertwą – drogą i tej drogi przewodnikiem, światłem, siłą i radością, a będąc Bogiem,  jesteś równocześnie i celem do którego droga ta prowadzi – wszystkim. ”Deus meus et omnia” – „Bóg mój i moje wszystko”.

     (Można przeczytać „I uwierzyliśmy miłości” s. 157 od połowy i s. 158).

 

ROZCIĄGNIJMY TAKŻE I NA JEGO KOŚCIÓŁ

Tę naszą miłość dla Chrystusa rozciągnijmy także i na Jego Kościół. Bo dla nas, którzy żyjemy wiarą, Kościół utożsamia się niejako z Chrystusem, jest jakby Jego rozszerzeniem, konstytucją. Chrystus nie tylko go założył, lecz jest także jego fundamentem, głową, życiem. To On żyje w Kościele, działa przez niego w świecie i w duszach: naucza, oświeca, uświęca, prowadzi, jest Jego Ofiarą, a równocześnie wraz z Sobą składa w ofierze to Swoje Ciało mistyczne Swojemu Ojcu. Eucharystia w pewnym znaczeniu to jakby lokalne ujawnienie się tego Chrystusa, który niewidzialny wciąż żyje i działa w całym swoim Kościele. Toteż dla nas miłość dla Chrystusa i miłość dla Kościoła zlewają się razem: to nie dwie różne miłości, to jedna miłość – Chrystusowa.

     W czasach, gdy więcej, niż kiedy indziej, wewnętrzna spoistość Kościoła może być zagrożona, nasza miłość dla Chrystusa każe nam powtarzać często, tak sobie jak i drugim, szczególnie młodzieży duchowej przez nas może wychowanej, że Kościół to Chrystus: że „ubi Petrus, ibi Ecclesia” – „gdzie Piotr, tam Kościół”: że kto wierny jest Kościołowi i Jego Głowie, ten Chrystusowi jest wierny: że cierpieć za wierność Kościołowi, to cierpieć za Chrystusa.

     Czasu próby nasza miłość dla Chrystusa powinna wcielać się cała w hasło: „Wierność Kościołowi i Jego Głowie za wszelką cenę”. Miłość dla Chrystusa sprawi, że wtedy jednej rzeczy prawdziwie bać się będziemy: by nie splamić honoru Jego Kościoła naszym zachowaniem, trwożliwym, uległym na wszystko, niezgodnym. Każe nam raczej wszystko stracić, niż rzucić w ten sposób dyshonor na Kościół, którego jesteśmy przedstawicielami, a więc na Chrystusa, naszą miłość.

     Miłość dla Chrystusa podsuwa niejednemu myśl, by w tych czasach prawdziwie przełomowych oddać siebie Jego Boskiemu Sercu na ofiarę całopalną dla spraw Jego Kościoła.

 

Czwarty rys:

ODDANIE I POŚWIĘCENIE SIĘ NAJŚWIĘTSZEMU SERCU JEZUSA

 

Prawdziwa miłość to nie samo tylko uczucie. Jeżeli kto nie zdobywa się na nic więcej, widocznie to, co uważa on za miłość, jest wszystkim tylko nie miłością. Z miłości prawdziwej, bowiem, jako konieczność psychologiczna, rodzi się czyn: oddanie samego siebie, streszczające się w oddaniu własnej woli, oddanie zwane potocznie ofiarą. Miłość i ofiara samego siebie, polegająca na oddaniu własnej woli, są to pojęcia tak ściśle związane, że nie można ich od siebie odłączyć, jak nie można odłączyć dwu stronic tej samej kartki papieru: gdy jest jedna, jest i druga. Wymiary jednej są wymiarami drugiej. Jak odległość mierzy się metrem, ciężar kilogramem, tak miłość prawdziwą mierzy się ofiarą.

 

SPRAWDZIAN NIEZAWODZĄCY

Jedynie więc niezawodzącym  sprawdzianem natężenia  naszej  miłości dla

Chrystusa jest stopień pełnienia Jego woli w konkretnej rzeczywistości życia. Stopień pełnienia Jego woli jest stopniem naszej miłości.

     Nasza miłość dla Chrystusa wtedy dopiero będzie zupełna, gdy naszą własną wolę zastąpimy Jego wolą.

     Gdy ją będziemy pełnić nie tylko w tym, co On nakazuje pod grzechem, lecz aż do najmniejszych Jego upodobań. We wszystkim, czyli na odcinku każdej z cnót.

     I jeżeli pełnić ją będziemy nie tyle dlatego, że to co On nam w tej chwili nakazuje, daje, lub czego od nas pragnie, to Jego najżyczliwsza miłość wymyśliła dla naszego dobra, lub dopuściła, lecz przede wszystkim dla Niego samego, dlatego, że jest to Jego wola.                   

     Jedną z najważniejszych przysług, jaką możemy oddać młodzieży zakonnej, nam powierzonej jest ta, że już od pierwszych jej kroków na drodze Bożej, będziemy jej wpajać pojęcie prawdziwej miłości. Jeżeli często  będziemy  jej   przypominać, że  to, co  w  modlitwie  mówimy

Chrystusowi o swojej miłości do Niego, wtedy dopiero ma wartość, gdy nasze zapewnienia mają pokrycie w postaci pełnienia Jego woli, czyli wykonania, godzina za godziną, obowiązków chwili obecnej. Mniejsza o to czy tym obowiązkiem chwili obecnej jest modlitwa, praca, napisanie listu, wytchnienie, praca w konfesjonale, w klasie, czy jest nim podróż, czy załatwianie spraw w mieście lub rozmównicy, przepisane czytanie duchowne lub rachunek sumienia.

     Przypominajmy naszej młodzieży, że miłość dla Boskiego Zbawiciela wtedy dopiero jest prawdziwa, jeżeli czujemy się nieszczęśliwi już na samo przypuszczenie tylko, że moglibyśmy znaleźć się na jakimś stanowisku czy miejscu, gdzie On nas mieć nie chce, lub oddawać się, choćby tylko przez kilka chwil, jakiemuś zajęciu, pomimo iż wiemy, że w tej chwili chce On nas mieć gdzie indziej – jeżeli Jego wola i Jego pragnienia są dla nas najwyższą wartością każdej rzeczy i każdego zdarzenia.

     Mówmy również naszej młodzieży, że każdy z tych obowiązków chwili obecnej, chociażby najprostszy, staje się aktem miłości doskonałej z chwilą gdy spełniony został przede wszystkim dlatego, iż ukryta w nim była najukochańsza wola Chrystusa, czyli z powodu Niego, że w ten sposób, cały nasz dzień, pomimo iż pozornie nie czynimy nic nadzwyczajnego, może się stać jednym aktem miłości, jeżeli tylko w znaczeniu wyżej podanym, cały będzie jednym aktem oddania Mu naszej woli. To oddanie się tak może wyrazić.

 

AKT ODDANIA I POŚWIĘCENIA SIĘ NAJŚWIĘTSZEMU SERCU JEZUSOWEMU

Boski Mój Mistrzu – chociaż grzesznym, poświęcam Twojemu Najświętszemu Sercu i oddaję na wyłączność własność złego siebie: duszę z jej  władzami, ciało z jego zmysłami, wszystko czym jestem, i z czego się składam. Pragnę, aby wszystko to niepodzielnie należało do Ciebie, abyś mną i życiem moim dowolnie dysponował dla chwały Twojego Ojca, Twego Boskiego Serca i zbawienia Dusz.

     Poświęcam Ci również i oddaję na wyłączną własność każdą chwilę mojego istnienia i wszystko, czym moje życie jest wypełnione: każdą myśl, każde pragnienie, każde słowo, każde poczynanie, każde uderzenie mojego serca, każdy krok, każdą radość, każde cierpienie, wszystko co wypełnia moje biedne życie i na nie się składa. Niech to wszystko Ciebie ma za cel wyłączny. Spraw, aby w motywach moich poczynań nie było domieszki pobudek naturalnych. Ty bądź jednym ich motywem i celem.

 

ODDANIE MOJEJ WOLI

Nade wszystko jednak, chociaż grzeszny, oddaję Ci na własność i składam w ofierze moją wolę.

     Nie pragnę ani wysokiego stanowiska w niebie, ani niskiego – ani takiej drogi do świętości, ani innej – ani długiego życia, ani krótkiego – ani zdrowia, ani choroby, ani takiej śmierci ani innej, ani pracy, ani modlitwy, ani niczego innego. Lecz za łaską Twoją chcę pragnąć tylko tego, co Ty postanowiłeś i czego Ty chcesz.

     A to dlatego, że będąc tym, czym jesteś, wart jesteś, aby spełniano Twoją wolę i najmniejsze Twoje pragnienie. Bo Twoja wola to Ty, Dobro najwyższe. Kto Twoją wolę miłuje, ten Ciebie miłuje. Kto Twojej woli szuka, ten Ciebie szuka. Kto Twoją wolę spotkał, ten Ciebie spotkał. Kto Twoją wolę obejmuje, ten Ciebie obejmuje. Kto Twoją wolę przenosi nad swoją, ten Ciebie przenosi nad siebie. Kto z Twoją wolą się jednoczy, ten z Tobą się jednoczy.

     Spraw, aby Twoja wola stała się ośrodkiem mojego życia wewnętrznego: abym tylko ją ponad wszystko miłował: jej spełnienia tylko prawdziwie pragnął: cieszył się tylko z jej wypełnienia: obawiał się tylko tego, co jej się sprzeciwiał: smucił się tylko z jej przekroczenia.

     Abym ją pełnił pomimo zamarcia uczucia, stanu cierpienia. Nawet wtedy, gdy jej nie rozumiem, gdy naturze może wydawać się będzie trudna i dla spraw doczesnych szkodliwa.

     I niezależnie od tego pod jaką postacią ukryta się zjawia: aktu miłości bliźniego, posłuszeństwa, pokory, ubóstwa, umartwienia czy modlitwy, pracy, podróży, zmęczenia, upału, zimna, choroby, życia lub śmierci czy inną.

     Udziel mi łaski, abym wzroku swego nie zatrzymywał na tej postaci, lecz widział w niej tylko Twoją wolę, a więc Ciebie. Bo to Ty w ten sposób do mnie przychodzisz ukryty pod coraz to inną postacią. Lecz tylko okiem wiary można Cię rozpoznać.

     Każda z tych postaci niech dla mnie tylko o tyle ma wartość, o ile Twoja wola jest w niej ukryta i tak długo, jak ona w niej się znajduje. Niech przeto żadnej rzeczy nie pragnę ani szukam dla niej samej nawet tak świętej jak modlitwa. I niech nie unikam nawet najcięższej, gdy taka jest Twoja wola. Ona niech mi więc będzie wszystkim.

     Oto miłość prawdziwa, cenniejsza od widzeń, daru cudów. Droga bezpieczna, wolna od złudzeń, królewska.

 

Piąty rys:     

MIŁOŚĆ DLA OJCA

 

Z naszej miłości totalnej dla Chrystusa koniecznością psychologiczną rodzi się miłość dla Ojca, od chwili gdy uświadomiliśmy sobie, że Chrystus Swojego Ojca miłuje miłością nieskończoną i że pragnie, byśmy i my miłowali Ojca razem z Nim i przez Niego. Idąc za tym pragnieniem Chrystusa, Jego postawę w stosunku do Ojca czynimy swoją: przemieniamy swoje życie w miłość do Ojca, podobnie jak On.

     W takim to znaczeniu z naszej miłości dla Chrystusa rodzi się miłość dla Ojca.

 

CHRYSTUS DROGĄ DO OJCA

Chrystus nie zatrzymuje więc nas na Sobie, lecz prowadzi do Ojca. Przede wszystkim, to On objawił nam, że Bóg jest Ojcem. To było największe dzieło, jakiego dokonał. Odchodząc z ziemi mógł powiedzieć: „Ojcze, objawiłem Twoje imię ludziom” (J 17, 6).

     O Sobie powiedział, że jest Drogą do Ojca. „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze mnie” (J 14, 6). Drogą idzie się. Nie poprzestaje się na tym, że się ją znalazło. Trzeba nią iść do celu. Syn Boży jest cały zwrócony ku Ojcu. Dlatego najdroższym Jego pragnieniem jest doprowadzić do Ojca także i nas. Nie dopiero w chwili śmierci, lecz już teraz, w naszym życiu  wewnętrznym. Ojciec to cel, ku któremu  powoli  zdąża cały rozwój naszego życia wewnętrznego.

     Nie wystarczy zatem poznać Chrystusa, pokochać Go, powierzyć Mu się z bezwzględnym zaufaniem, uczynić swoimi Jego sprawy: Kościoła i zbawienia dusz. Od tego się zaczyna, lecz nie można na tym poprzestać. Trzeba  pozwolić Mu, by nas doprowadził do Ojca. Tak, by od pewnej chwili nasze życie wewnętrzne przekształciło się w miłość dla Niego. Z Chrystusem i przez Chrystusa.

 

PRZY OJCU

Przychodzi więc taka chwila, gdy w życiu wewnętrznym na pierwszy plan wysuwa się Ojciec. Chrystus daje mi poznać, iż pragnie gorąco, bym odtąd czuł się dzieckiem przy najdroższym Ojcu. Trwał w uszczęśliwiającej mię świadomości, że łączą mnie z Nim więzy najgłębsze i najsłodsze, jakie mogą istnieć – wspólnoty życia. Bym nie odstępował od Niego, bym Mu ufał i powierzył Mu się bez zastrzeżeń. Bym Go kochał tak, że starał się będę pełnić, chwila za chwilą, nawet Jego najmniejsze pragnienia. Z tym przekonaniem, że to co mój najdroższy Ojciec każe mi uczynić, jest dla mnie najlepsze, chociaż dosyć często nie będę rozumiał drogi, jaką mnie poprowadzi.

     Mam więc się czuć dzieckiem przy Ojcu, który tak mi jest wszystkim, że świata za Nim nie widzę. Drugiego człowieka mam uważać także, na równi z sobą, za ukochane dziecko Boże. Z miłości dla Ojca być mam uczulony w najwyższym stopniu na Jego potrzeby i losy.

 

TO NIE OPUSZCZENIE CHRYSTUSA

By trwać w ten sposób przy Ojcu, nie opuszczamy wcale Chrystusa. Nasza miłość dla Niego i zjednoczenie z Nim są teraz nie mniejsze niż w okresie poprzednim. Przeciwnie. Prawda, że Ojca kochamy przede wszystkim dla Niego samego odkąd poznaliśmy Go. Lecz nie w mniejszym stopniu również jest prawdą, że nasza miłość dla Ojca jeszcze się wzmogła odkąd pełniej uświadomiliśmy sobie jak bardzo miłuje Go  Chrystus i jak bardzo  pragnie, by  wszyscy  ludzie razem z Nim czcili Go i miłowali. W tych okolicznościach wzmożenie się naszej miłości dla Ojca jest dowodem jak bardzo kochamy Chrystusa, skoro Jego miłość dla Ojca uczyniliśmy swoją postawą.

     I nie tylko to. Od chwili, gdy wzrosła nasza miłość dla Ojca, Chrystusa potrzebujemy bardziej niż dotąd. Kochając bowiem Ojca dziecko Boże marzy o tym, by czynić dla Niego wielkie rzeczy. Chce wielbić Go za siebie i za drugich w proporcji do Jego nieskończoności. Dziękować Mu za siebie i za drugich, w proporcji do Jego miłości ku nam. Przywracać Mu tę chwałę, której ustawicznie pozbawiają Go nasze grzechy. Prosić Go bez przerwy o wszystko, o co chce, byśmy Go prosili dla siebie, Kościoła i całej ludzkości.

     Równocześnie jednak dziecko Boże zdaje sobie sprawę, że między nieskończonością Ojca a naszymi uczynkami nie ma żadnej proporcji. Instynktownie zwraca się więc ku Chrystusowi. Pamięta bowiem, że nawet najmniejsze Jego czyny są godności i wartości nieskończonej. Zwraca się zatem ku Niemu, by kochać Ojca niejako Boskim Sercem Chrystusa: wielbić Go z Nim i przez Niego, dziękować, wynagradzać, prosić. W tym celu dziecko Boże ustawicznie ucieka się do Jego Ofiary Krzyżowej.

     Chrystusa potrzebuje więc w tym okresie jeszcze bardziej niż dotąd. Jego zespolenie z Nim nigdy dotąd nie było tak ścisłe jak obecnie.

     Różnica między tymi dwoma okresami jest ta: Mówiąc językiem środowisk poświęconych Najświętszemu Sercu Jezusowemu powiemy; że okres pierwszy to przewaga „nabożeństwa” do Boskiego Serca Jezusowego: drugi, to przewaga „nabożeństwa” z Najświętszym Sercem Jezusa.

 

PRZEJAWY NASZEJ MIŁOŚCI DLA OJCA

Uwielbienie

Ojcze, aby Ci oddać tę cześć najwyższą, która Ci się należy jako mojemu Stwórcy Panu i nieskończonemu Majestatowi, ofiaruję Ci jako moje uwielbienie, wszystkie te uwielbienia nieskończonej wartości, które na naszych ołtarzach, w naszym imieniu, płynęły i płyną ku  Tobie  z  Najświętszego Serca Twojego Syna. W łączności z

Nim ofiaruję Ci wszystkie moje uwielbienia, siebie całego i wszystko czym jestem, każdą chwilę mojego istnienia,  i wszystko czym ono jest wypełnione.

     Pragnę wielbić Cię przez Twojego Syna także za tych braci moich, którzy Cię nie znają, lub od Ciebie się oddalili, albo o tym nie myślą.

     Przez Boskie Serce Twojego Syna pragnę uwielbić Cię także w imieniu świata nie rozumnego, wśród którego żyję: w imieniu każdego źdźbła trawy, każdego kwiatu, każdego liścia na drzewach, każdego z tych nieprzeliczonych stworzeń Twoich, które mię otaczają i na każdym kroku mówią mi o Twojej miłości dla mnie.

     Święty, Święty, Święty Pan Bóg zastępów, pełne są niebiosa i ziemia chwały Jego.

 

Dziękczynienie

Ojcze, pragnę dziękować Ci ustawicznie za Twoją niezmierzoną miłość dla mnie i za wszystko, co dla mnie uczyniła i czyni.

     Za to, że mię powołałeś do istnienia i to istnienia bez końca.

     Że nam Syna Jednorodzonego dałeś.

     Że mnie, niegodnego, wybrałeś i przywiodłeś do życia zakonnego. I za wszystkie niezliczone, bezcenne łaski, zawarte w moim powołaniu,

     Za Twoją bezgraniczną ze mną cierpliwość.

     I za słońce, które mi świeci. Za powietrze, bez którego nie mógłbym żyć. I za ziemię, po której stąpam. Za każdą okruszynę chleba.

     Za wodę tak mi do życia potrzebną.

     I za wszystkie inne niezliczone łaski, i zmiłowania Twoje, tak w porządku przyrodzonym jak i nadprzyrodzonym, których wielkości i liczby nędza moja nawet ocenić nie potrafi.

     Pragnę dziękować Ci za miliony moich braci, którzy korzystają z Twoich dobrodziejstw, a za nie może Ci nie dziękują.

     Jako moje dziękczynienie ofiaruję Ci wszystkie nieskończonej wartości dziękczynienia, które w naszym imieniu płynęły i płyną ku Tobie z Boskiego Serca Twojego Syna. Pragnę, by całe moje życie, wszystkie jego chwile i moje uczynki, w łączności z Nim, były nieustannym dziękczynieniem za Twoją miłość i wszystko, bo ona dla nas uczyniła.  

     Dzięki Ci składamy, wszechmogący Boże, za wszystkie dobrodziejstwa Twoje! Miłosierdzie Pańskie na wieki wysławiać będę!

 

Przebłaganie

Ojcze, aby Cię przeprosić i wynagrodzić Ci za niezliczone grzechy mojego życia – mojej rodziny, mojego domu, tej miejscowości, całego Zgromadzenia, naszego narodu, za grzechy tych, którzy w tej chwili umierają, za ten potop zbrodni i grzechów, który ustawicznie ziemię zalewa – ofiaruję Ci jako nasze zadośćuczynienie wszystkie uczucia, jakie żywiło i żywi dla grzechu Boskie Serce Twojego Syna, Jego miłość dla Ciebie, i wszystko co On uczynił dla wynagrodzenia Ci za nasze grzechy.

     Pragnę, by całe moje życie, każda jego chwila, każdy mój uczynek były w łączności z Nim zadośćuczynieniem i wynagrodzeniem dla Twojego Boskiego Majestatu.

     Przebacz, Panie, przebacz ludowi Twemu i nie bądź na nas zagniewany na wieki!

 

Prośba

Ojcze, ofiaruję Ci Boskie Serce Twojego Syna i Jego nieskończone zasługi we wszystkich intencjach, które mi na sercu leżą, i za  wszystkich, za których chcesz abym się modlił.

     Przez Boskie Serce Twojego Syna proszę Cię o to, aby we mnie i ze mną stała się w pełni Twoja wola. Abym osiągnął ten stopień miłości, który mi wyznaczyłeś, Abym dni swoje zakończył w pokucie i miłości.

     Ofiaruję Ci Boskie Serce Jezusa Twojego Syna, za Kościół i wszystkie jego potrzeby, za Ojca Św. i Hierarchię.

     Za każdego z osobna moich Przełożonych i Współbraci.

     Za członków mojej rodziny ziemskiej.

     Za przyjaciół, dobroczyńców, znajomych,

     Za naszych misjonarzy.

     Za tych, którzy dla Imienia Twego mię nienawidzą.

     Za tych, których zgorszyłem i skrzywdziłem.

     Za każdego konającego, szczególnie tych najbardziej zagrożonych potępieniem.

     Za narażonych na utratę wiary.

     Za nieszczęśliwych zakonników i kapłanów.

     Za błądzących i pozbawionych wiary i nadziei.

     Za będących w tej chwili w zwątpieniu, udręce, rozterce.

     Za głodnych, chorych, tułaczy.

     Za załamujących się pod ciężarem krzyża.

     Za każdą duszę w czyśćcu cierpiącą z osobna.

     Za wszystkich, Ojcze, których miłujesz, a więc za każdego człowieka.

     To ofiarowanie, Ojcze, chciałbym Ci powtarzać, gdyby to było możliwe, w każdej chwili, przez całe moje życie.

 

Szósty rys:

MIŁOŚĆ DLA DRUGIEGO CZŁOWIEKA

 

Mam miłować drugiego człowieka, gdyż miłuje go Chrystus. Ponieważ zaś miłuję Chrystusa, moja miłość dla Niego, jeśli jest prawdziwa i wielka, każe mi uczynić swoją tę Jego postawę: Także i ja  mam miłować każdego człowieka. Tego pragnie ode mnie Boskie Serce Jezusa.

     O miłości dla drugiego człowieka Pismo Święte mówi na bardzo wielu miejscach. Szczególnie trzy teksty zdają się zawierać całą teologię miłości bliźniego.

     „Wszystko, co uczyniliście  jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili” (Mt 25, 40).

     „To jest przykazanie moje, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak ja was umiłowałem” (J 15,12).

     „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13,35).

     Przypatrzmy się teraz kolejno tym trzem wypowiedziom Chrystusa.

 

Tekst pierwszy

1. „...MNIEŚCIE UCZYNILI”

Ze słów tych wynika, że Chrystus niejako utożsamia się z bliźnim. Tę prawdę chciał wyrazić artysta malując Chrystusa w pasiaku.

     Ze zjawiskiem utożsamiania się podmiotu miłości z jej przedmiotem spotykamy się tam, gdzie występuje miłość bardzo wielka – na przykład u matki. Uderzyć jej dziecko, to uderzyć matkę:

uczynić mu co dobrego, to jej sprawić radość.  

     U Chrystusa ten przejaw występuje w proporcji do Jego miłości, zatem nie wypowiedzenie ostrzej niż w przykładzie przytoczonym. W takim stopniu, że to, co czynimy dla drugiego człowieka – dobro i zło – On odbiera jakby to było czynione dla Niego osobiście. Każdą przysługę, przyjemność sprawioną bliźniemu, lecz także krzywdę, obmowę, niegrzeczność. Nie bez słuszności twierdzić zatem można, że drugi człowiek to jakby Chrystus incognito. Spotykamy Go nie tylko w Tabernakulum, lecz w każdym człowieku.

     Wielką luką w naszym życiu wewnętrznym jest to, że słów Chrystusa „...mnieście uczynili” wciąż jeszcze nie bierzemy zbyt na serio. Znamy je, posługujemy się nimi, ogrom ich treści nie przeniknął jednak dotąd do naszej świadomości. Tylko dlatego potrafimy spokojnie zasnąć wieczorem, pomimo że w tym dniu źle obeszliśmy się z drugim człowiekiem w naszych myślach, słowach, postępowaniu.

     Stosunkowo jeszcze dość łatwo przychodzą nam na pamięć słowa „...mnieście uczynili”, gdy bezinteresownie świadczymy drugiemu człowiekowi jakąś przysługę. Nie myślimy jednak o nich wcale, gdy jesteśmy w stosunku do niego gburowaci, nieuprzejmi, gdy go krytykujemy i obmawiamy.

 

NIE DAM SIĘ JUŻ WIĘCEJ W BŁĄD WPROWADZIĆ

Boski mój Mistrzu, za łaskę Twoją nie dam się już więcej w błąd wprowadzić. Odtąd Ciebie chcę widzieć pod postacią nie tylko każdego z moich  przełożonych i  współbraci, lecz także  pod  postacią owego biedaka, może nie w porę przychodzącego, każdego potrzebującego mojej pomocy, każdego dziecka, każdej duszy w czyśćcu, każdego z konających w dniu dzisiejszym, pod postacią każdego człowieka.

     W szczególny zaś sposób Ciebie chcę odtąd widzieć pod postacią owego bliźniego niesympatycznego, dokuczliwego. Nie dam się więcej w błąd wprowadzić: to Ty wtedy do mnie przychodzisz, tylko że ukryty pod postacią tak niemiłą dla mojej natury, Toteż dla Ciebie, a nie dla postaci, pod którą się ukrywasz, pragnę być dobrym.

 

Tekst drugi

2. „JAK JA WAS UMIŁOWAŁEM”.

 

„To jest przykazanie moje, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak ja was umiłowałem” (J 15, 12).

     Gdyby Chrystus powiedział: „Miłujcie się jak bracia i siostry”, albo: „Bądźcie tak dobrzy dla drugich, jak matka dla swojego dziecka”,  jeszcze by nas to nie zdziwiło. Lecz ogarnia nas zdumienie zbliżone do przerażenia, gdy słyszymy: „Miłujcie się tak, jak ja was umiłowałem”. Abyśmy nie mieli wątpliwości, o jaką to miłość tu chodzi, wyjaśnia: „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). Św. Paweł dodaje: „Umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie” (Gal 2, 20).

     Miara miłości dla drugiego człowieka, jaką zostawił nam Chrystus, idzie o wiele dalej od starotestamentowej: „Będziesz miłował swojego bliźniego jak siebie samego”.

     Ilustracją miary Chrystusowej jest ofiara z życia Św. Maksymiliana Kolbe. Słowa „jak ja was umiłowałem” wziął on w sensie dosłownym i bez pomniejszania wprowadził je w życie. Tak też pojmowali je pierwsi chrześcijanie. „Sprzedawali majątki i dobra i rozdawali każdemu według potrzeby”  (Dz 2, 45).

     Jeżeli masy odeszły od wiary, stało się to, między innymi przede wszystkim chyba dlatego, że ci, którzy w ich oczach utożsamiali się z Kościołem, odeszli od tego, co stanowi istotę Ewangelii, od miłości dla drugiego człowieka mierzonej miarą Chrystusową. Pozostała deklamacja, która nikogo nie przekona.

     Zastanawiamy się niekiedy jakim językiem przemówić do spoganiałych mas, aby je odzyskać dla Boga. Jeżeli powrócimy do heroizmu miłości bliźniego, świat wróci na nowo do wiary. Ten język zrozumieją wszyscy, nawet najdalej stojący od Kościoła.

 

PRAGNIESZ, ABY MIARĄ MOJEJ MIŁOŚCI BLIŹNIEGO BYŁA TWOJA MIŁOŚĆ DLA MNIE

Boski Zbawicielu, Siebie samego stawiasz mi na wzór. Mam braci moich miłować, tak jak Ty mnie miłujesz. A więc miłością bezgranicznie wyrozumiała, cierpliwą, uczynną.

     Tak, jak Ty żyjesz miłością dla mnie, tak ja mam żyć miłością dla bliźniego.

     Jak Ty okrywasz milczeniem niezliczone moje upadki i wady, tak i ja nie powinienem bez konieczności mówić czegokolwiek złego o moim bliźnim, chociażby to były rzeczy znane i choćbym nawet mógł to uczynić bez grzechu.

     Jak Ty nieskończenie wyrozumiałym jesteś dla mnie i moich ustawicznie powtarzających się upadków, i znosisz je od tylu lat z bezgraniczną cierpliwością, tak ja mam być wyrozumiałym dla drugich, i znosić z cierpliwością to, co w nich mi się nie podoba.

     Jak Ty pragniesz i szukasz więcej niż ja sam mojego szczęścia, tak i ja mam pragnąć i szukać szczęścia dla moich braci.

     Pragniesz bowiem, aby miarą mojej miłości bliźniego była Twoja miłość dla mnie.

 

Tekst trzeci

3. ZNAK ROZPOZNAWCZY   

 

„Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13, 35).

     Więc nie po szacie poznajesz, Boski Mistrzu Swoich uczniów, ani po  liczbie  odmówionych  Różańców.  Nawet  nie  po  umartwianiu  i

skupieniu, ani po liczbie Mszy Św., tylko po miłości.

 

IM WSZYSTKIM NIEBO WYSŁUŻYĆ

Dla nas kapłanów, dla wychowawców i wychowawczyń, miłość bliźniego to przede wszystkim zapewnienie nieba duszom, które Chrystus nam powierzył.

     To wywalczenie nieba dla tych setek i tysięcy parafian, by żaden z nich nie zginął. Pomimo że może poziom moralny wielu z nich jakże dużo pozostawia do życzenia.

     To zdobycie nieba dla tych tysięcy dzieci, które w życiu naszym przewinęły się przez nasze klasy lub salę katechizmową, dzisiaj dorosłych już może i rozproszonych po świecie, borykających się z życiem i narażonych na niebezpieczeństwa, a które w naszych wspomnieniach wciąż jeszcze może zjawiają się nam tak jak wyglądały wtedy, przed laty: jako rzesza maleńkich istot z wiosną na twarzy. Powierzając nam je wtedy, Chrystus powierzył nam chyba to, co miał najpiękniejszego na świecie. Między nami a nimi zaistniały więzy na wieczność: nami to bowiem, a nie kim innym, posłużył się Chrystus do rozwoju w nich swojego własnego życia. To przeto nasza wielka chociaż rozproszona nie wiadomo gdzie rodzina.

     Im to wszystkim trzeba niebo wysłużyć, by żadne z nich nie zginęło.

     A rzecz to jest możliwa. Czyż moglibyśmy wątpić, że Boski Mistrz, pomimo naszej niegodności, spełni to wielkie pragnienie naszego życia tak bardzo idące po linii Jego nieskończonego miłosierdzia? Przecież to nie my, lecz On omdlewał na drodze krzyżowej dla ratowania tych dusz. Jego Boskie Serce to właśnie oddanie do naszej dyspozycji, nie tylko dla nas osobiście lecz także dla tych, i wielu jeszcze innych dusz, nieskończonej litości Bożej, miłosierdzia i wszechmocy. Byleby tylko nie zabrakło nam ufności i ofiarności. A tym większe powinny one być im większe są potrzeby dusz, którym niebo chcieliśmy wywalczyć.

     A gdy mówimy o ofiarności, myślimy nie tylko o samej pracy apostolskiej. Potrzebna ona, konieczna, nigdy nie będzie jej za dużo. Lecz ona sama nie wystarczy. Tym więcej, że wielu z tych ludzi pracą naszą nie dosięgniemy. I nie chodzi tu o jedną czy drugą modlitwę w tej intencji odmawianą, lub o jedno czy drugie umartwienie. Chodzi o cały styl naszego życia o przemienienie go, za wzorem Chrystusa i w łączności z Nim w życie wynagrodzenia pojęte tak,  jak je przedstawiają niniejsze stronice: o przeżycie w sobie Jego własnego życia, Jego męki i śmierci. Za dusze bowiem płaci się tylko tak, jak On za nie zapłacił: całopalną ofiarą samego siebie, w łączności z Nim jedynym zbawicielem dusz.

 

Siódmy rys:

TROSKA O KOŚCIÓŁ

 

Każdy ochrzczony winien troszczyć się o cały Kościół. Przez chrzest został bowiem wszczepiony w Kościół i od tej chwili utożsamia się z nim: jest jakby Kościołem w miniaturze, z jego posłannictwa i zadaniami. Głównym zaś zadaniem Kościoła jest zbawienie ludzi. Ochrzczony winien ją zatem dzielić z Kościołem.

     Jeśli zaś idzie o nas, zakonników, profesja zakonna jeszcze pogłębiła to nasze wszczepienie z Chrztu w ministerium Kościoła a tym samym w jego posłannictwo i zadania. Wszystkie sprawy i troski Kościoła winny nam więc leżeć na sercu jakby zawodowo.

      Gdy idzie o naszą duchowość, troska o Kościół i zbawienie ludzi wypłynęła, jak ze swego źródła, z naszego olśnienia Najświętszym Sercem Jezusa i Jego miłością. Winna zatem odznaczać się żarem stamtąd zaczerpniętym.

 

ZADANIA I BEZKRESNE POTRZEBY KOŚCIOŁA

Nie wiadomo od czego zacząć ich wyliczanie. Odnowa Kościoła zapoczątkowana przez Sobór Watykański II. Zadanie olbrzymie, z ilu niebezpieczeństwami połączone! Ile oporów wypaczeń myśli Soboru, niebezpiecznych błędów, rozpasanie w imię źle pojętej wolności.

     Sprawa zjednoczenia chrześcijan. By wreszcie skończyć z tym największym zgorszeniem, jakie znają dzieje Kościoła. Jeśli w dwa tysiące lat po przejściu Syna Bożego na ziemię jest jeszcze tyle setek milionów pogan, przyczyną tego w dużej mierze są gorszące rozłamy wśród wyznawców Chrystusa. Katolicy, prawosławni, kilkaset odłamów protestanckich – wszyscy twierdzą, że prawda jest tylko u nich. I komu ludzkość ma wierzyć?

     Chyba tylko wszechmoc Boża potrafi zasypać tę przepaść różnic doktrynalnych, wzajemnych uprzedzeń, nienawiści, jaka powstała w ciągu wieków między Kościołem katolickim a innymi wyznaniami chrześcijańskimi. Aby tę chwilę przyśpieszyć trzeba by tysiące dusz Bogu poświęconych oddało się w ofierze, jak te mrówki, o których powiadają, że gdy się wstawi w mrowisko zapaloną świeczkę, dziesiątkami rzucają się ofiarnie w roztopiony wosk i płomień, by ratować wspólny dom.

     W południowej Ameryce, z braku wystarczającej liczy kapłanów, przeciętnie tysiąc ludzi dziennie odpada od Kościoła.

     Potrzeby rodzącego się Kościoła w Afryce! Praca wielu tysięcy misjonarzy dwóch ostatnich pokoleń, owoc ich krwawych trudów i ofiar, zagrożona zamieszkami wszelkiego rodzaju.

     Tragedia powstającego Kościoła w Chinach!

     W krajach Europy i Ameryki fala liberalizmu obyczajowego, materializmu praktycznego, indyferentyzmu, dysponująca wszystkimi środkami propagandy, uderza w miliony dzieci, młodzieży, rodzin. Wyniszczenie biologiczne, zbliżone do ludobójstwa. Rozkład rodziny.

     Przy tym dotkliwy brak powołań kapłańskich i zakonnych. Kościołowi potrzeba w tej chwili co najmniej 200 tysięcy kapłanów więcej niż ma obecnie tylko aby obsłużyć zwyczajne potrzeby wiernych, nie mówiąc o ewangelizacji świata pogańskiego. Do tego nie kończąca się apostazja wielu kapłanów i zakonników.

     Wyobraźnia ustaje. Pod każdą szerokością geograficzną, niezliczone jednostki ludzkie zagrożone, walczące z różnymi trudnościami, wątpiące, załamujące się, potrzebujące pomocy.

     Skarb naszego powołania i potok łask z nim związany zostały nam dane nie tylko dla naszego dobra osobistego. Należymy do Kościoła i dusz. Przed nami codzienne zadanie ogromne, wciąż nowe, nigdy nie odrobione.

     W tej ustawicznej trosce o Kościół i zbawienie ludzi nie wolno nam spocząć, dopóki Pan Bóg sam nas nie odwoła i nie zleci komu innemu naszego zadania, podobnie jak nie wolno spocząć Kościołowi, którego jesteśmy cząstką, dopóki choćby jeden człowiek czekał jeszcze będzie na zbawienie.

 

APOSTOLSTWO CZYNNE

Dokumenty soborowe przypominają, że członkowie zgromadzeń zakonnych winni przychodzić z pomocą Kościołowi w dwa sposoby: przez czyn apostolski i przez intensywne życie wewnętrzne.

     Nie mogą się oni ograniczać tylko do apostołowania przez modlitwę i ofiarę, jak to czynią zakony ściśle kontemplacyjne. Rozminęliby się bowiem ze swoim przeznaczeniem w Kościele. Duch Święty powołał ich bowiem do istnienia dla działalności apostolskiej czy dobroczynnej. Działalność ta jest więc dla nich czymś istotnym, nie tylko dodatkiem ich dążenia do doskonałości. Winni uświęcać się przez apostolstwo czynne.

     Ich wysiłek apostolski winien iść w dwóch kierunkach: mają starać się, by Królestwo Chrystusowe coraz głębiej zakorzeniało się w duszach ludzkich: a więc praca w głąb nad uświęceniem wiernych i praca pionierska, by szerzyło się po całym świecie.

     Żyjąc pogłębionym życiem wewnętrznym, zakonnicy są jakby z góry predystynowanymi do tego, by pogłębiać życie wewnętrzne u wiernych.      (KK, 44).

 

APOSTOLSTWO PRZEZ INTENSYWNE ŻYCIE WEWNĘTRZNE

     Dokumenty soborowe twierdzą, iż przychodzić możemy Kościołowi i duszom z pomocą także przez nasz udział w Mszach Św. przez nasze modlitwy, pokuty i wyrzeczenia, przyjmowanie w duchu wiary, trudów i cierpień nieodłącznych od naszej ziemskiej egzystencji i życia wspólnego, słowem przez nasze intensywne życie wewnętrzne. Dekret Perfecte caritatis twierdzi, że im jest ono żarliwsze, tym bujniejsze staje się życie Kościoła, a jego apostolat tym obfitsze wydaje plony. (PC.). Dekret o apostolstwie świeckich zapewnia nas, że w ten sposób dosięgnąć możemy wszystkich ludzi i pomóc im do zbawienia. (16)

     Jednostkę  żyjącą  intensywnym  życiem  wewnętrznym  porównać

można do potężnej stacji nadawczej. Jest ona w ustawicznym kontakcie zbawczym z wielką liczbą dusz, rozrzuconych po kuli ziemskiej. Jej pragnienie dobra, akty cnót teologicznych, ofiarne pełnienie woli Bożej we wszystkim,  jej modlitwy, wyrzeczenia, praca, trudy i dolegliwości – natchnione i ożywione miłością, włączone w Ofiarę krzyżową, wznoszą się ustawicznie ku niebu, idą jakby do jakiegoś transformatora nadprzyrodzonego. Przemienione w łaski i pomoce wszelkiego rodzaju, wracają z powrotem na ziemię, spadają na Kościół i świat, docierają do dusz będących w takiej czy innej potrzebie. Im żarliwsze jest jej życie wewnętrzne, tym większy jest jej wpływ na wieczne losy dusz.

     Obydwa rodzaje apostolstwa należą do tej samej istoty życia chrześcijańskiego. Jest ono powołaniem do miłości. Otóż miłość, gdy jest prawdziwa, każe człowiekowi czynić wszystko, co w jego mocy, dla chwały Bożej i zbawienia ludzi.

     Kardynał Journet tak opisuje u św. Katarzyny Sieneńskiej ten przejaw miłości, jaką jest ustawiczna troska o cały Kościół i zbawienie ludzi: „Po nocy spędzonej na czuwaniu, oświecona ile dusz ginie i jak wielki jest ucisk Kościoła, ale zarazem pełna ufności, że Bóg potrafi zaradzić złu, z upragnieniem oczekiwała godziny Mszy św., aby zanieść do Boga swe przeogromne prośby o reformę Kościoła i zbawienie całego świata”.

     W naszym życiu nie ma miejsca na połowiczność. Trzeba nam mobilizować codziennie wszystkie nasze możliwości w zakresie pracy apostolskiej, modlitwy, wyrzeczenia się. Przez wieczność nie przebaczylibyśmy sobie, gdybyśmy mieli świadomość, że tylko dlatego niektórych ludzi nie ma dzisiaj w niebie, że nie daliśmy z siebie wszystkiego, na co nas było stać.

 

Ósmy rys:

WSPÓŁCZUCIE Z CHRYSTUSEM W JEGO CIERPIENIACH

 

Innym  przejawem  naszej  miłości  totalnej  dla  Chrystusa  jest współczucie z Nim w godzinach i tajemnicach Jego męki.

     Chrystus znał przyszłość bliższą i dalszą. Przepowiedział bowiem ze szczegółami Swoją mękę i śmierć, zdradę Judasza, że uczniowie Go opuszczą, zaparcia się Piotra, Swoje zmartwychwstanie, śmierć Piotra na krzyżu, zburzenie Jerozolimy, koniec świata. Swą Boską wszechwiedzą obejmował więc przyszłość.

     Widział zatem i grzechy każdego z pokoleń ludzkich, także i grzechy naszego pokolenia jak również wszystko, co dzisiaj czynimy, by Go pocieszyć w Jego cierpieniach, jak gdybyśmy byli wtedy przy Jego boku.

     Dodajmy, że zdarzenia życia Chrystusowego, Jego śmierć i zmartwychwstanie   mają   charakter   nie   tylko   historyczny,  ale i ponadczasowy. „Christus heri et hodie”, „Chrystus wczoraj i dzisiaj”. Ten sam dzisiaj co wczoraj. Ze swoim życiem, męką i śmiercią, zmartwychwstaniem, ze wszystkimi tajemnicami stoi pośrodku czasów. Pokolenia ludzkie, jedno za drugim, kolejno przesuwają się koło Niego. Każdemu pokoleniu, każdej jednostce dane jest zająć wobec Niego określoną postawę, podobnie jak Jego współczesnym.

     Między Chrystusem a nami dziś żyjącymi, nie istnieje więc odległość czasu i przestrzeni. Nie potrzebujemy zatem sztucznie przenosić się wyobraźnią w czasy Chrystusa, ani zazdrościć Jego współczesnym. Nie byli oni więcej uprzywilejowani od nas. Bo i nam dane jest zetknąć się z Chrystusem i tajemnicami Jego życia i zająć wobec nich upragnioną postawę.

     „Męka Chrystusa, będąca poza wszelkimi prawami czasu i przestrzeni, jest zawsze obecna, obecnością, która nie zna następstwa, ponieważ mierzona jest już nie czasem po sobie następującym naszego słońca, lecz nieruchomą wiecznością, chwilą obecną, która nie mija – owym „nunc stans”. (P. H. Agostini SCJ, “IL Coure di Gesu”, Bologna 1950, s. 288).

 

Tajemnica konania Chrystusowego w Ogrodzie Oliwnym

Nam, dzisiaj żyjącym, żadna tajemnica życia Chrystusowego nie jest obojętna. Takie jest bowiem prawo miłości. Toteż wszystkie zdarzenia Jego życia są nam drogie, bliskie i wywołują w nas mniej lub więcej żywą reakcję, gdy przeżywamy je w cyklu liturgicznym. Razem z Nim cieszymy się wtedy, i smucimy razem z Nim, mniej lub więcej żywo, zależnie od stopnia naszej wiary, miłości i aktualnej pobożności.

     W duchowości, jaką przekazał nam O. Założyciel, w szczególny sposób przeżywamy tajemnice Jego męki. W południe myślą i sercem, przenosimy się na górę Kalwarii, do Chrystusa konającego na krzyżu. Podobnie o godzinie 15-tej po południu. W odczuciu O. Założyciela mają to być spotkania z Chrystusem rzeczywiście cierpiącym i konającym, jak gdyby te zdarzenia rozgrywały się obecnie. Od czasów swych studiów rzymskich przez całe życie starał się odprawiać codziennie Drogę Krzyżową.

     Pośród innych tajemnic bolesnych O. Założyciel w szczególny sposób przeżywał tajemnicę konania Chrystusowego w Ogrodzie Oliwnym i nam to przekazał.

     Ks. Marian Cichoń SCJ tak o tym pisał: „Zbawiciel miał wielu przyjaciół. Lecz była w Jego życiu chwila, kiedy ani jednego nie znalazł. A była to chwila najcięższa, najczarniejsza w Jego życiu. Była nim godzina strasznego konania, kiedy jako „grzesznik” musiał się wobec zagniewanej sprawiedliwości Boskiej stawić. Godzina, która wydawała Mu się wiecznością. Sercanin ma towarzyszyć Chrystusowi w tej najczarniejszej godzinie Jego życia” (Maszynopis „Uwagi o wynagrodzeniu” s. 17  i list Ks. Cichonia).

     O. Założyciel, który tak właśnie te rzeczy pojmował, nie dawał nigdy „Vivat”  na kolację, jeżeli przedtem była  Godzina św. (Okólnik O. G. Govaart, trzeciego Generała Zgromadzenia).

     Spróbujmy zastanowić się nad tym, co działo się w duszy Chrystusa w ów wieczór konania w Ogrodzie Oliwnym. Nie łudźmy się, że zgłębiamy tę tajemnicę. Stoimy wobec niej bezradni, jakby przed jakimś bezkresnym oceanem bez dna. To co powiemy, będzie wskazaniem kierunku, w którym powinna pójść nasza refleksja.

 

Wizja grzechów

Pierwszą przyczyną konania Chrystusowego była wizja grzechów ludzkości, za które miał On zadośćuczynić sprawiedliwości Bożej.

     Gdy pewnego razu na wykładzie teologii moralnej próbowaliśmy obliczyć, ile zbrodni zabójstwa nienarodzonych dokonuje się w jednym tylko dniu i tylko w naszym kraju, groza nas przejęła. Ile tych zbrodni dokonuje się w całej Europie? A na kuli ziemskiej? A przecież to dopiero jeden grzech i to stosunkowo rzadki. A inne, i o ile częstsze? Kto zliczy nienawiść, niezgody, niesprawiedliwości, nieczystości, świętokradztwa i wiele innych grzechów na kuli ziemskiej w jednym choćby dniu? To ustawiczny potop zbrodni i grzechów w każdej sekundzie historii coraz to nowy!

     Wyobraźnia ustaje.

     Chrystus, który jest samą świętością, a każdym grzechem brzydzi się nieskończenie, czuł się odpowiedzialnym wobec Ojca za ten brud tysiącleci. Jest bowiem Głową ludzkości i jej przedstawicielem. Przerażeniem napełnił Go widok sprawiedliwości Bożej. Jak nikt inny, zna On jej wymogi. Toteż stając przed nią obarczony grzechami ludzkości, drży cały z przerażenia i trwogi.

     Widzi w jaki sposób sprawiedliwość ta spadnie na Niego. Cała męka zjawia się jasno przed oczyma Jego duszy, ze wszystkimi szczegółami:  śmierć  najboleśniejsza,  jaką  można  sobie wyobrazić – najbardziej upokarzająca, biczowanie, ukoronowanie cierniem, droga krzyżowa, śmierć w morzu cierpienia, w opuszczeniu od Ojca. W pełni młodości, zdrowia i sił.

     Trwoga śmiertelna przed sprawiedliwością Bożą i tymi okropnościami zwala się na Chrystusa. Drży cały z przerażenia. Prosi: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech mnie ominie ten kielich. Wszakże nie jak ja chcę, ale jak Ty” (Mt 26, 29).

 

WIZJA NIEWDZIĘCZNOŚCI LUDZKIEJ

Do konania Chrystusowego w Ogrodzie Oliwnym przyczyniła się także wizja niewdzięczności ludzkiej poprzez pokolenia.

     Pomimo, że Chrystus tyle dla nich uczynił, ludzie nie będą wierzyć w Jego miłość dla nich. Największe dowody Jego miłości, wcielenie, krzyż, Eucharystia, nic im nie będą mówić. Pozostaną bez wpływu na ich życie. Nie opromienią Go radością: pełne będzie załamań, rozpaczy.

     Szczególnie bolesnym dla Chrystusa musiał być widok niewdzięczności wielu dusz kapłańskich i zakonnych, a więc Jego przyjaciół umiłowanych ponad innych, wybranych spośród tysięcy, uprzywilejowanych, obsypanych bezmiarem łask. Ile wśród nich niedbalstwa, braku wiary, gnuśności, niewierności, gorszących apostazji, jawnych lub ukrytych Judaszów! Jak mało prawdziwej ofiarnej miłości u wielu!

     Niewypowiedzianie bolesnym dla Niego musiał być widok, jak ci najbliżsi i inni ludzie obchodzić się będą z Nim w Sakramencie Ołtarza. W tysiącach kościołów będzie w zapomnieniu, opuszczeniu, narażony na najstraszniejsze świętokradztwa. Ten cud miłości będzie okazją największą zniewag. W każdym pokoleniu,

     Jak bolesna dla Chrystusa musiała być ta wizja niewdzięczności ludzkiej! W Parayle Moniale wyznawał, że jej widok był Mu bardziej bolesny niż cała Jego Męka.

 

WIZJA ZATRATY DUSZ

Jeszcze boleśniejszym czyniła Jego konanie wizja bezużyteczności Jego męki dla wielu dusz, idących drogą zatracenia w każdym pokoleniu.

     Matka gdy widzi, że jej dziecko prowadzą na śmierć, umiera ze smutku i bólu. A im więcej kocha, tym większe jest jej cierpienie. Jak bardzo cierpieć musiał Chrystus, który każdego z ludzi tak bardzo miłuje, na widok zagrożenia potępieniem tylu ludzi w każdym pokoleniu. Bezbrzeżnym smutkiem i bólem musiała napełniać Go świadomość, że Jego męka, biczowanie, cierniem ukoronowanie, omdlenie pod krzyżem, morze cierpień fizycznych i moralnych, dla wielu ludzi pójdą na marne.

     Te trzy wizje były główną przyczyną konania Chrystusowego w Ogrodzie Oliwnym: wizja grzechów ludzkości, za które czuł się odpowiedzialnym wobec sprawiedliwości Ojca, wizja niewdzięczności  ludzkiej, widok nieużyteczności Jego męki dla wielu ludzi.

     W tej śmiertelnej udręce modlił się: „Ojcze mój, jeżeli nie może ominąć mnie kielich i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja” (Mt 26, 42).

     Ewangeliści opowiadają, że w tej strasznej udręce Chrystus nie chciał zostać sam. Prosił apostołów, by Go nie opuszczali i czuwali razem z Nim (Mt 26, 88  i 40: MK 14, 34).

     Tę prośbę Chrystusa spełniamy, gdy odprawiamy Godzinę św.

JEDEN ZE SPOSOBÓW ODPRAWIANIA GODZINY ŚWIĘTEJ

Wyobrażę sobie, że jestem w Ogrodzie Oliwnym w ów wieczór konania Chrystusowego. Uklęknę pod jednym z drzew.

     Po dowolnym wstępie, na przykład prośbie do Matki Najświętszej powiem: „Ojcze, ofiaruję Ci konanie Boskiego Serca Twojego Syna jako zadośćuczynienie za grzechy całego mojego życia, aby Ci przywrócić tę chwałę,  jakiej Cię one pozbawiły. Jego heroiczne posłuszeństwo ofiaruję Ci dla naprawienia mojego nieposłuszeństwa względem Twojej woli, Jego miłość heroiczną dla naprawienia mojego braku miłości.

     Następnie zmówię powoli: „Ojcze nasz” i trzy razy „Przepuść, Panie, przepuść ludowi Twemu i nie bądź na nas zagniewany na wieki! (Lub inne stosowne wezwanie). Po czym 10 razy „Serce Jezusa konające, zmiłuj się nad nami” i raz „Matko najboleśniejsza, módl się za nami”.

     W podobny sposób, już bez wspomnienia o heroicznym posłuszeństwie i heroicznej miłości Chrystusa, ofiaruję Ojcu Jego konanie, kolejno, to na wszystkie potrzeby Kościoła i Ojca św. za grzechy mojej rodziny, za grzechy tutejszego domu, naszej Prowincji, Zgromadzenia, naszego Narodu, za naszych Dobroczyńców, za grzechy dusz kapłańskich, za dusze w czyśćcu cierpiące, za udręczoną ludzkość, czy inne intencje według własnego natchnienia i w dowolnej kolejności.

     Po każdym takim ofiarowaniu znów zmówię „Ojcze nasz” i 10 razy „Serce Jezusa konające zmiłuj się nad nami”, lub „Któryś cierpiał”.

     To najłatwiejszy sposób odprawiania Godziny św. prywatnie, także i w podróży, w lesie. Teologicznie bardzo poprawny.

     (Można przeczytać „I uwierzyliśmy miłości”  s. 171. „Współczucie w męce i śmierci”). 

 

Dziewiąty rys:

ŻYCIE WYNAGRODZENIA

 

Potrzeba wynagrodzenia rodzi się z naszej miłości dla Chrystusa, z naszej miłości dla Ojca i z naszej miłości dla ludzi. Każda z tych trzech naszych miłości każe nam prowadzić życie wynagrodzenia.

     Aby rozumieć na czym polega wynagrodzenie, należy uprzednio przemyśleć dwa zagadnienia kluczowe, a mianowicie na czym polega istota grzechu, oraz w jaki sposób Chrystus wynagrodził za nasze grzechy. Rozwiązanie tych dwóch zagadnień dopiero pozwoli nam zrozumieć na czym praktycznie ma polegać nasze wynagrodzenie.

     Przede wszystkim musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, na czym polega istota, czyli najgłębsze jądro grzechu. Ile aspektów jest w grzechu, tyleż aspektów musi mieć i nasze wynagrodzenie.

     Należy po drugie, w tym przynajmniej stopniu, w jakim tajemnica ta dostępna jest naszemu rozumowi, odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób Chrystus dokonał wynagrodzenia za nasze grzechy. On bowiem jest jedynym Wynagrodzicielem i nasze wynagrodzenie tylko z Jego Wynagrodzenia czerpie całą swoją wartość. Toteż nasze wynagrodzenie, tak to skierowane do Jego Boskiego Serca, jak mające za przedmiot Ojca musi być jak najściślej wzorowane na Jego dziele Odkupienia. Ono i tylko ono, może i powinno być szkołą, prawem i wzorem naszego wynagrodzenia.

     Tylko więc od Chrystusa możemy nauczyć się umiejętności wynagradzania i w ten tylko sposób, w jaki On wynagrodził swojemu Ojcu za nasze grzechy, my wynagradzać możemy Jego Boskiemu Sercu, a razem z Nim i przez Niego Jego Ojcu, a przez to ratować dusze.

     Tak więc owe dwa powyższe zagadnienia są dla nas zagadnieniami

kluczowymi. Rozwiązać je, to znaleźć drogę życia.

     Zagadnienia nie łatwe. Próbujmy jednak mimo wszystko.

 

GRZECH – ODMÓWIENIE BOGU POSŁUSZEŃSTWA

Spróbujmy przede wszystkim odpowiedzieć sobie na pytanie, na czym polega grzech i co stanowi jego najgłębszą treść.

     Aby rozwiązać to zagadnienie, należy uprzednio uświadomić sobie czym jest Bóg, na którego prawa grzech jest zamachem.

     Otóż Bóg jest równocześnie naszym Stwórcą, Ojcem bezgranicznie nas miłującym i  Dobrem Najwyższym.

     Bóg jest przede wszystkim naszym Stwórcą. A więc Panem czyli właścicielem. A my jesteśmy Jego własnością.

     Z tego właśnie tytułu, że jest naszym Stwórcą i Panem, Bóg ma prawo do naszej uległości czyli posłuszeństwa. Prawo bezwzględne, z którego nie może i nie potrafi zrezygnować, jak nie może i nie potrafi zrezygnować ze Swojego Bóstwa. Bo na wieki jest prawdą, że Bóg jest Stwórcą. A Stwórca jest właścicielem. Właściciel zaś może dysponować swoją własnością według swego upodobania. A jeżeli owa własność obdarzona jest rozumem i wolną wolą, może jej ustanowić prawa według swojego uznania.

     Odpowiednikiem owego prawa Boga – Stwórcy jest w nas obowiązek posłuszeństwa Bogu – obowiązek również bezwzględny, bo z natury rzeczy wypływający. Od tego obowiązku nikt zwolnić nas nie może, nawet Bóg.

     W świetle tych prawd grzech, będąc świadomym i dobrowolnym przekroczeniem praw ustanowionych przez Boga – Stwórcę, jest nieposłuszeństwem, buntem nieuznaniem owego prawa absolutnego, jakie Bóg ma do naszego posłuszeństwa.

     Pierwszą więc częścią składową samego jądra grzechu jest Odmówienie Bogu posłuszeństwa jakie Mu się od nas należy.

     Wróćmy jeszcze więc na chwilę do tych praw, jakie Bóg – Stwórca ustanowił dla ludzi. Zaznaczyć to musimy z naciskiem, że prawa te są pełne miłości i troski o nasze dobro już tu na ziemi. Gdyby ludzie umówili się między sobą, że od dziś zaczną się nimi kierować w życiu

Jednostek, rodzin, państw, w życiu międzynarodowym, w krótkim czasie ziemia przemieniłaby się w raj. (Powszechne rozbrojenie, zastosowanie wszystkich wynalazków tylko dla dobra ludzkości, zniesienie niepotrzebnych już nikomu więzień itd.).

     Jeśli świat stoi dzisiaj na progu zagłady, to dlatego, że ludzie nie kierują się wcale prawami ustanowionymi przez Boga.

     Inaczej mówiąc, przykazania Boże mają być dla ludzkości tym, czym dla pociągu są szyny, dzięki którym jedzie on bezpiecznie. Opuszczenie torów prowadzi nieuchronnie do katastrofy.

 

GRZECH – ODMÓWIENIE BOGU MIŁOŚCI

Bóg jest nie tylko naszym Panem. Równocześnie jest On także naszym Ojcem, otaczającym nas niewypowiedzianą miłością, Już w porządku przyrodzonym świat, jaki nas otacza, na każdym kroku mówi nam o tej Jego miłości i mądrości. W porządku nadprzyrodzonym największym dowodem Jego Miłości jest to, że zesłał nam Swojego Syna i uczynił nas Swoimi dziećmi.

     Za tę Jego życzliwość bezmierną należy Mu się od nas miłość wdzięczności.

     Pan Bóg po trzecie, sam w sobie jest Dobrem Najwyższym, czyli pełnią nieskończoną wszystkich doskonałości, ich uosobieniem – uosobieniem piękna, miłości, mądrości, wszechmocy, litości, miłosierdzia i wszystkich innych doskonałości.

     Nie można powiedzieć o Bogu, że jest piękny. Jest On bowiem uosobieniem Piękna – Pięknem. Zobaczyć Go twarzą w twarz, to wpaść w ekstazę zachwytu i miłości na zawsze.

     Z tego nieskończonego oceanu Piękna, jakim jest On sam, Bóg wziął jedną kroplę i cień tej kropli rozrzucił po świecie. Od Niego wywodzi się piękno, gdziekolwiek je spotkamy.

     To samo moglibyśmy powiedzieć o innych doskonałościach, które spotykamy w świecie, jaki nas otacza.

     Z tego tytułu, że Bóg jest Dobrem najwyższym w znaczeniu dopiero  co podanym, ma  On  prawo  do  naszej  najwyższej  miłości.  

Jego nie można nie miłować. Miłuje się bowiem tylko dobro. Bóg zaś jest Dobrem najwyższym.

     Otóż grzech nie jest czym innym jak odmówieniem Bogu Miłości, jaka Mu się od nas należy. Ów zaś brak miłości objawia się w ten sposób, że człowiek postawiony wobec alternatywy: dobro stworzone, albo Dobro niestworzone, wybiera i przenosi nad Boga dobro stworzone.

     Analiza grzechu doprowadza nas zatem do wniosku, że istota, czyli najgłębsza treść naszego wynagrodzenia, tak za własne grzechy jak i cudze, polegać musi na nadmiarze posłuszeństwa i miłości względem Boga, gdyż najgłębszą treścią grzechu jest właśnie odmówienie Bogu należnej Mu uległości i należnej miłości.

     Im więcej przeto w naszym życiu będzie posłuszeństwa Bogu i więcej miłości, w tym wyższym stopniu będzie ono wynagradzającym.

     Powiedzmy to już tutaj, że Miłość wynagradzająca objawia się właśnie przez posłuszeństwo.

     „Albowiem  miłość  Boga  polega  na spełnieniu  Jego  przykazań” (J 5, 3).

 

WYNAGRADZANIE CHRYSTUSA

Tylko od Chrystusa możemy się nauczyć umiejętności wynagradzania, gdyż tylko On jest prawdziwym Wynagrodzicielem i nasze wynagrodzenia całą swoją wartość czerpie tylko z Jego wynagrodzenia.

     Oto jak teologia po dziewiętnastu wiekach refleksji, opierając się na metafizyce grzechu i na danych zawartych w Piśmie Świętym, próbuje w naszych czasach sformułować najgłębszą treść Wynagrodzenia Chrystusowego, czyli Odkupienia: Chrystus wynagrodził Swojemu Ojcu za nasze grzech przez swoją miłość najbardziej heroiczną, najofiarniejszą objawiającą się przez posłuszeństwo najdoskonalsze Swojemu Ojcu. To miłość i posłuszeństwo nadały tak Jego życiu, jak i Jego męce i śmierci wartość wynagradzającą. Z woli Ojca to Jego wynagrodzenie musiało dokonać się w cierpieniu.    

     Dlaczego w cierpieniu? Teologia przytacza kilka powodów. Nie tłumaczą one jednak, nawet wzięte wszystkie razem, dlaczego cierpienie było wymagane. Ostatecznie, mimo tych prób tłumaczenia, Krzyż Chrystusowy jest tajemnicą.

     (Szersze omówienie tego zagadnienia zob. „I uwierzyliśmy miłości” s. 71-74).

 

NASZE WYNAGRODZENIE

Skoro tak, i nasze wynagrodzenie nie może dokonywać się inaczej jak przez miłość objawiającą się posłuszeństwem woli Ojca we wszystkim.

     I nasze wynagrodzenie ,tak jak Chrystusowe, nie obejdzie się bez cierpień. Jedne z nich będą nam zesłane lub dopuszczone przez Opatrzność, inne podjęte dobrowolnie w postaci wyrzeczeń i umartwień nadobowiązkowych.

     W praktyce codziennego życia nasze wynagrodzenie polegać będzie na dwu rzeczach: na możliwie doskonałej gotowości na wszystko, cokolwiek by się spodobało Bogu, od nas zażądać (czyn, cierpienie) – nade wszystko jednak na aktualnym, rzeczywistym pełnieniu Woli Bożej, przychodzącej do nas pod postacią obowiązku chwili obecnej.

     W terminologii dawniejszej tę postawę wewnętrzną nazywano „oddaniem się w ofierze całopalnej Najświętszemu Sercu Jezusowemu” – w nowszej terminologii „doskonałą dyspozycyjnością”. Niezależnie od nazwy, treść jest jedna i ta sama: usposobienie, w którym jest najwięcej miłości i uległości Woli Bożej.

     Przypatrzmy się obydwóm składnikom tej postawy najbardziej wynagradzającej.

 

GOTOWOŚĆ NA WSZYSTKO

    Nie  jest  to  gotowość  na  samo  tylko  cierpienie,  czy  śmierć

przedwczesną, jak niektórzy sobie wyobrażają, lecz na wszystko, co Bogu spodoba się z nami uczynić, a więc równie dobrze i na radości, jakie Opatrzność Boża zechce nam zesłać.

     Trzeba nam więc być gotowymi na cierpienie i smutek, jak na radość; tak na śmierć jak i na życie; tak na chorobę jak i na zdrowie; tak na pracę jak i na wytchnienie, jednym słowem na wszystko co Bogu spodoba się uczynić z nami i w nas.

     Osoba żyjąca ideą wynagrodzenia pragnie jednej tylko rzeczy, by Wola Boża stała się w niej i z nią.

     Miejmy więc własne, osobiste upodobania i pragnienia, plany i zamiary, pragnijmy ich zrealizowania; oddajmy się całą duszą naszym pracom apostolskim i dziełom – bylebyśmy równocześnie byli gotowi do złożenia w ofierze tych naszych zamierzeń i upodobań na każde skinienie Woli Bożej.

     Nie do pogodzenia z postawą gotowości na wszystko jest podtrzymywanie w sobie pragnień i zamierzeń obiektywnie może dobrych, lecz do których ktoś tak jest jednak przywiązany, że ich zrealizowania pragnie za wszelką cenę, nie oglądając się na Wolę Bożą. Na przykład, upieranie się za wszelką cenę przy jakimś stanowisku, pomimo, że Przełożeni chcą nas mieć gdzie indziej.

     Trzeba jednak by ta nasza gotowość na wszystko była pokorna. Niech jej towarzyszy przekonanie o własnej niewystarczalności i nędzy. Sił zaś potrzebnych do spełnienia tego, czego Bóg może od nas zażądać, oczekujmy jedynie od wszechmocy i życzliwości Bożej.

     Ta swoboda serca tak pojęta jest jedną z przeogromnych łask życia wewnętrznego. Bez niej nie ma doskonałej miłości, a więc i życia wynagrodzenia. Trzeba nam przeto uczynić wszystko, by ją sobie wyprosić i wywalczyć.

 

RZECZYWISTE PEŁNIENIE WOLI BOŻEJ

„Gotowość na wszystko” byłaby tylko smutnym złudzeniem, gdyby nie zrodziłby się z niej czyn: rzeczywiste, godzina za godziną, wierne pełnienie Woli Bożej, ukrytej w obowiązku chwili obecnej, niezależnie od tego, czy tym obowiązkiem jest czyn, czy jest nim cierpienie.

 

TRZY STOPNIE PEŁNIENIA WOLI BOŻEJ

Teologia życia wewnętrznego rozróżnia w pełnieniu woli Bożej, tym samym i w naszej miłości, jakby trzy stopnie, jeden doskonalszy od drugiego.

     Stopień pierwszy polega na pełnieniu woli Bożej przynajmniej w rzeczach ważnych, tych nakazanych lub zabronionych pod grzechem ciężkim. „Tak kocham Pana Boga, że wolałbym życie utracić, wszystko wycierpieć, niż Mu być nieposłusznym w tych sprawach”. Ten pierwszy stopień konieczny jest do zbawienia.

     Stopień drugi polega na pełnieniu woli Bożej także i w rzeczach mniejszej wagi – tych nakazanych lub zabronionych pod grzechem powszednim. „Tak kocham Pana Boga, że wolałbym wszystko utracić, wszystko wycierpieć, niż być Mu nieposłusznym choćby tylko w małej rzeczy”. Jest to już wysoki stopień miłości, jeśli postawa ta przeszła przez próbę czasu.

     Stopień trzeci polega na tym, że staramy się pełnić nie tylko to, co nakazuje pod grzechem ciężkim lub lekkim, lecz równocześnie także i „upodobania Boże”, „pragnienia Boże”, czyli to, co wydaje się nam lepsze, doskonalsze, Bogu milsze. „Tak kocham Pana Boga, że wolałbym wszystko utracić, wszystko wycierpieć, niż odstąpić od tej wytycznej”. Wierność tej postawie we wszystkim, trwająca już od dłuższego czasu, jest jednym z symptomów doskonałości heroicznej, świętości w ścisłym tego słowa znaczeniu. Jeśli natomiast nie troszczę się o ten trzeci stopień pełnienia woli Bożej, jeszcze nie można o mnie powiedzieć, że kocham Pana Boga z całej duszy i ze wszystkich sił (Mt 22, 37: Mk 12, 13). Moje oddanie się Mu jest jeszcze niepełne.

 

WYNAGRADZAĆ MOŻNA TYLKO PRZEZ „NADMIAR”

Czy w stosunku do Boga może być w ogóle mowa o nadmiarze miłości i posłuszeństwa, skoro z natury swojej wart On jest tego, byśmy Mu oddali całe nasze serce? Jeżeli więc mamy miłować Go także i za drugich – a życia wynagrodzenie ostatecznie się do tego sprowadza, nie ma w naszym życiu miejsca na połowiczność. Wierność woli Bożej musimy zatem posunąć aż do pełnienia we wszystkim podobań Bożych, czyli tego, co Bogu więcej się podoba, co doskonalsze i Jemu milsze.

(Dokładniejsze omówienie tego, co doskonalsze i Bogu milsze zob. „Odnowa ducha” maszynopis 1972, s. 80).

     By pełnienie przez nas woli Bożej było formalnym wynagrodzeniem, trzeba byśmy je podejmowali w intencji wynagrodzenia. Bo człowiek wolę Bożą może pełnić dla różnych motywów: dla nagrody, z wdzięczności itp. By przeto jej pełnienie było świadomym wynagrodzeniem, trzeba by Jego pobudką było płynące z miłości pragnienie wynagrodzenia.

 

UMARTWIANIE NADOBOWIĄZKOWE

Nie chodzi o podejmowanie nadzwyczajnych surowości. Na dłuższą metę byłyby one nie do pogodzenia z naszymi obowiązkami. Pierwszeństwo mieć będą drobne umartwienia i wyrzeczenia, będące w zwyczaju w każdym żarliwym środowisku zakonnym. Oddać do biblioteki nie doczytaną ciekawą książkę, wyjść z widowiska przed jego końcem, odłożyć przeczytanie listu. Pierwsze miejsce zawsze mieć będą drobne wyrzeczenia na rzecz bliźniego, by sprawić mu przyjemność, pomóc, wyręczyć go itp.

     Umiejętności wyrzeczenia w drobnych rzeczach nauczyć się możemy od św. Teresy od Dzieciątka Jezus.

     Niedocenianie  drobnych  umartwień  i  wyrzeczeń  nadobowiązkowych  wyrządziłoby nam szkodę nie do naprawienia. Nasze życie wewnętrzne bez nich byłoby skazane na ustawiczne załamywanie się pod naporem namiętności, z którymi nasza słaba wola, nie przyzwyczajona do stawiania oporu temu, co miłe lub przykre, nie umiałaby dać sobie rady.

     Dopiero dzięki częstym aktom drobnych wyrzeczeń nasza słaba wola powoli, stopniowo hartuje się, czyli wyswabadza się od uroku, jaki na nią wywiera to, co przyjemne, i uczy się panować nad odrazą, jaką w niej budzi to, co przykre, a tak zbliża się powoli do doskonałej wolności i czyni nas zdolnymi do pełnienia woli Bożej we wszystkim.

     Po drugie, równocześnie, te drobne wyrzeczenia, codziennie praktykowane, są bardzo skutecznym środkiem apostołowania. Dziwna moc drzemie bowiem w umartwieniu. Za każdym razem, gdy podejmujemy je z wiarą i miłością, włączamy się na chwilę aktualnie w mękę i śmierć Chrystusa. W tajemniczy sposób wchodzimy w kontakt z Jego Krzyżem. Na skutek tego spływa z Niego na nas i na innych ożywczy prąd łaski.

     Jeśli idzie o nas samych, możemy przekonać się o tym niemal doświadczalnie. Gdy pewnego dnia uświadomimy sobie, że obniżył się poziom naszego życia wewnętrznego, modlitwa nam nie idzie, dobro zaczyna kosztować, mnożą się niewierności – podejmijmy kilka drobnych umartwień, wkrótce wszystko ożyje.

     Nasza miłość dla Boga i Jego dzieci zagrożonych nie pozwoli nam przejść obojętnie obok tego środka oddziaływania na wieczne losy dusz pod pretekstem, że tego rodzaju umartwienia nie są nakazane.

     W miarę jak nasza miłość będzie wzrastać, te drobne, ustawiczne wyrzeczenia coraz bardziej stawać się będą potrzebą serca. Nie będą przytłaczać nas i nużyć. Miłość oświecona nie pozwoli przy tym, byśmy się gubili w małostkowościach.

     A więc umartwienia i wyrzeczenia w drobnych rzeczach.

     (Szersze omówienie tego zagadnienia zob. „Odnowa ducha”, maszynopis 1972,  s. 147).

 

PŁYNĄCE Z MIŁOŚCI PEŁNIENIE WOLI BOŻEJ

Posunięte do pełnienia we wszystkim nawet upodobań Bożych – to ostatnie słowo w kwestii wynagrodzenia.

     Co przez wynagrodzenie chcemy osiągnąć? Otóż życie wynagrodzenia ma dwa skutki, związane z sobą nieodłącznie. Pierwszy to naprawienie, w łączności z Chrystusem, „krzywdy”, jaką wyrządzają Bogu nasze grzechy- naprawienie polegające na przywróceniu Mu chwały, jakiej Go one pozbawiają – drugi skutek, sprowadzenie przez to na nas i na drugich, za których także wynagradzamy, łaski pokuty i zbawienia.

 

Z DUCHEM ŚWIĘTYM

Widzieliśmy wyżej, że nasze życie wewnętrzne w pierwszym swym okresie koncentruje się przede wszystkim na Chrystusie. W drugim okresie razem z Chrystusem i przez Niego wielbimy i miłujemy Ojca, wynagradzamy Mu, nie przestając miłować Chrystusa. Przeciwnie, nasza miłość dla Chrystusa wtedy jeszcze wzrasta.

     Posługując się językiem środowisk poświęconych Najświętszemu Sercu Jezusowemu powiemy, że pierwszy okres naszego życia wewnętrznego to przewaga „nabożeństwa” do Najświętszego Serca Jezusowego: drugi, to przewaga „nabożeństwa” z Najświętszym Sercem Jezusowym.

     (Przejście to, opisane i uzasadnione, zob. „Odnowa Ducha” maszynopis 1972,  s. 65-70, tytuł „Dziecko Boże”). 

 

    Po dłuższym zazwyczaj okresie, dojrzewa w naszym życiu wewnętrznym jeszcze trzeci okres rozwojowy. Można by go nazwać spotkaniem z Duchem Świętym.

     Jak do tego dochodzi?

     Otóż w miarę posuwania się lat, w duszy, która tutaj doszła, potęguje się i wzrasta jeszcze miłość dla Chrystusa i dla Ojca. Wzrasta

także pragnienie, by miłować Ich jeszcze więcej,

      Pewnego dnia uświadamia sobie pełniej niż dotąd, że Duch Święty jest równocześnie nieskończoną miłością Ojca dla Syna i nieskończoną miłością Syna dla Ojca. Uosobieniem tej wzajemnej miłości. Wiedziała o tym od dawna. Prawda ta dotąd nie wywierała jednak na nią większego wrażenia i nie miała większego wpływu na jej życie. Teraz zaczyna przykuwać jej uwagę.

     Często zaprasza Ducha Świętego, by ją wypełnił Sobą, czyli tą podwójną miłością, której jest uosobieniem. By przemienił ją w Sobie: w miłość dla Ojca i dla Syna. Żył w niej i działał.

     W tym okresie dla niej drogimi modlitwami stają się hymn do Ducha Świętego i inne pokrewne modlitwy liturgiczne. Tak jej teraz odpowiadają, że chętnie posługują się nimi przy każdej okazji.

     Dary Ducha Świętego już są w niej znacznie uaktywnione, toteż dosyć często jest ona pod ich kierownictwem.

     Na końcu modlitwy eucharystycznej kapłan podnosi Ciało i Krew Chrystusa i wymawia słowa: „Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie Tobie, Boże, Ojcze Wszechmogący, w jedności Ducha Świętego, wszelka cześć i chwała”.

     Otóż życie duszy, która tutaj doszła, chociaż na zewnątrz niekiedy, być może, szare i nieefektowne, jest jakby nieświadomym, ustawicznym odtwarzaniem tego momentu liturgii eucharystycznej. Czymkolwiek zajęta, czyni tylko jedno: z Chrystusem i przez Niego, w Duchu Świętym, czci, wielbi, miłuje Ojca, a ze względu na Niego miłuje także wszystkie inne Jego dzieci i stara się dobrze im czynić.

     Tak w głównych zarysach wygląda teraz jej życie wewnętrzne. Żyje ona Bogiem: Ojcem, Synem, Duchem Świętym.

     To dojrzałość. Lato. W kalendarzu jej życia ziemskiego najprawdopodobniej jest już jesień.

     By dojść tutaj, długą musiała przebyć drogę. Trzeba było na to całego jej życia. I wszystkiego co w życiu ją spotkało.

 

EUCHARYSTIA OŚRODKIEM NASZEGO ŻYCIA

Życie wewnętrzne tak pojęte z natury swojej całe zdąża ku Eucharystii i dokoła niej grawituje.

     I tak, jeżeli idzie o pierwszy jego rys zasadniczy, o wiarę w miłość, gdy chcę sformułować ów akt wiary, myśl moja mimo woli kieruje się ku Eucharystii. Sakrament ten, zwany Sakramentem miłości, jest bowiem jednym z dowodów najbardziej mię przykonywających o ogromie miłości Tego, który dla nas stał się odrobiną Chleba na to, by nas  składać się w ofierze, by nam się oddać, by mieszkać w pobliżu nas.

     Eucharystia jest równocześnie fundamentem i motywem mojej ufności. Czy bowiem jaka inna myśl mogłaby bardziej skłonić mię do zwierzenia Jego miłości niż ta, że Chrystus tak bardzo troszczy się o mnie, że karmi mię własnym Ciałem?

     Także i trzeci rys naszego życia wewnętrznego, zasadniczy, miłość, prowadzi nas także do Eucharystii, która utożsamia się przecież z Przedmiotem naszej miłości. Tam, w Tabernakulum, znajdujemy bowiem Chrystusa, Boga – Człowieka, Jego Boskie Serce.

     Również wynagrodzenie prowadzi nas do Eucharystii. Eucharystia jest bowiem równocześnie i przedmiotem naszego wynagrodzenia, a jako Msza św. jest także jego środkiem i punktem kulminacyjnym.

     Eucharystia jest przede wszystkim Przedmiotem naszego wynagrodzenia.

     Jak to już wyżej zaznaczyliśmy, grzechy skierowana przeciw Sakramentowi miłości, należą do tych, które Chrystus odczuwa najboleśniej.

     Liczne codzienne świętokradztwa, zapomnienie i opuszczenie w Tabernakulum, zbywanie obrzędów liturgicznych, nonszalanckie zachowanie się w obecności Najświętszego Sakramentu, brud na ołtarzach i w kościołach, strzępy i niechlujstwo szat liturgicznych i wiele tym podobnych przewinień, świadczących o braku wiary i miłości – o to co Chrystus otrzymuje od nas, otrzymuje osobiście w Sakramencie, który jest jednym z największych dowodów Jego miłości dla nas.

     Dlatego ci, dla których Chrystus jest w życiu wszystkim, swój wysiłek wynagradzający zwracają przede wszystkim ku Eucharystii. Ich odnoszenie się do Najświętszego Sakramentu bywa nacechowane żywą wiarą w obecność Boskiego Zbawiciela, troską o piękno szat liturgicznych i ołtarzy, o piękno śpiewu i obrzędów liturgicznych, o schludność kościoła czy kaplicy. Codzienna adoracja wynagradzająca bywa potrzebą serca.

      Nade wszystko jednak Eucharystia jako Msza św. jest dla nas, w znaczeniu niżej podanym, ośrodkiem i punktem szczytowym naszego wynagrodzenia.

     Całe życie Chrystusa było wynagrodzeniem, gdyż całe sprowadziło się do pełnego miłości pełnienia woli Jego Ojca. Toteż wynagrodzeniem były i Jego zabawy dziecięce w Nazarecie i wszystko, czym wypełnione było Jego życie ukryte i publiczne. Punktem jednak szczytowym wynagrodzenia Chrystusowego jest Jego Ofiara krzyżowa. To bowiem miłość Jego dla Ojca, umiłowanie Jego woli, oddanie się dla jego sprawy, wzniosły się do najwyższego szczytu. Dlatego, gdy tylko zaczynamy mówić o wynagrodzeniu Chrystusa, myśl nasza, nie zatrzymując się na innych tajemnicach Jego życia – chociaż one wszystkie są wynagradzające – mimo woli przenosi się na Kalwarię, do Jego Ofiary krzyżowej, gdyż przedstawia się nam ona jako punkt kulminacyjny jego życia wynagradzającego, streszczenie i synteza wszystkiego, co w Swoim życiu uczynił.

     Otóż każda Msza św. jest uobecnieniem tej Ofiary krzyżowej, będącej streszczeniem wszystkiego, co Chrystus uczynił dla wynagrodzenia za nasze grzechy. W niej Chrystus ofiarowuje Swojemu Ojcu wszystkie wynagrodzenia, tak Swojego życia, jak Swojej matki i śmierci.

     I nie tylko to. Równocześnie wraz ze Swoimi wynagrodzeniami Chrystus składa Mu w Ofierze także i wynagrodzenia członków Swojego Ciała mistycznego, które to wynagrodzenia, dzięki wspólnocie życia między Głową a członkami, są jakby wynagrodzeniami samego Chrystusa, ponieważ są owocem Jego życia  w nas.

     Tak więc Msza św. to ofiara całego Ciała mistycznego: i Głowy i członków. To nie tylko ofiara samego Chrystusa, lecz i nasza, gdyż wraz z Chrystusem i przez Niego jesteśmy w niej żertwą ofiarną.

     Innymi słowy – Msza św. to ofiara, w której w nagradzającą żertwę ofiarną jest „cały Chrystus”: Głowa i członki.

     Msza św. jest również naszą ofiarą wynagradzającą w znaczeniu czynnym. W niej składamy w ofierze Ojcu Chrystusa i wszystko co On uczynił dla naprawienia naszych grzechów, od pierwszego uderzenia swojego Serca do ostatniego na Krzyżu.

     Eucharystia jest więc nie tylko przedmiotem naszego wynagrodzenia. Jako Msza św. jest ona równocześnie jego ośrodkiem i punktem szczytowym.

 

WSZYSTKO PRZECHODZI PRZEZ RAMIONA KRZYŻA

Msza św. jest to uobecnienie Ofiary krzyżowej. Nie coś dodanego do niej. Nie jej powtórzenie. To ona sama, Ofiara krzyżowa.

     Co się powtarza, to bezkrwawy obrzęd uobecniający, nie ofiara. Msza św. nie mnoży więc liczby ofiar, lecz czyni obecną w czasie i przestrzeni zawsze tę samą; jedyną Ofiarę kalwaryjską, w miarę jak do

istnienia przychodzą coraz to inne pokolenia i jednostki ludzkie, z ich grzechami i potrzebami.      

     Obecność ta jest tak rzeczywista, że „gdyby Najświętsza Dziewica i św. Jan, stojąc u stóp Krzyża, przymknęli byli oczy, jak my niekiedy przymykamy je w chwili przeistoczenia, obecność rzeczywista krwawej męki dla nich i dla nas byłaby ta sama: z tym, że gdy Oni podnosząc oczy widzieli w jej krwawej postaci zbawczą Ofiarę Chrystusa podówczas podlegającego cierpieniu, my podnosząc je, widzimy tę samą zbawczą Ofiarę, pod bezkrwawymi postaciami sakramentalnymi, którą Chrystus, dzisiaj w chwale, nie przestaje stosować dla nas („Chrles Journet”, „La Messe” s. 143).

     Teologowie, z mniejszym lub większym powodzeniem próbują wyjaśnić sposób tej obecności Ofiary krzyżowej pod postacią Mszy św. Ostatecznie jednak w swych dociekaniach rozum ludzki także i tutaj dochodzi w pewnym momencie do punktu, od którego zaczyna się tajemnica. Dalej pójść się nie da: trzeba uklęknąć i w pokorze wielbić ogrom miłości Bożej dla nas, rozsadzający ramy otaczającej nas doczesnej rzeczywistości, zawieszającej niejako prawa czasu i przestrzeni.

     Jeżeli cudem swej wszechmocy Chrystus staje przed nami ze Swoją Ofiarą krzyżową, czyni to w tym celu, byśmy mogli dołączyć do niej nasze własne życie i wszystko, czym ono jest wypełnione – oraz by zlać na nas dobra, które nam przez nią wysłużył. Jest On jedynym pośrednikiem między Bogiem a ludzkością: pośrednictwo Jego dokonuje się przez Ofiarę krzyżową. Przez nią daje On ludzkość Bogu: włączając ją w swoją Ofiarę; przez nią równocześnie daje ludzkości Boga, sprowadzając na nią łaski, mające ją przebóstwić. Wszystko zatem przechodzi przez ramiona Krzyża: tak to, co od nas idzie w górę do Boga, jak to, co od Boga przychodzi do nas: innej drogi nie ma.

 

MSZA ŚWIĘTA W NASZYM CODZIENNYM ŻYCIU

Jeżeli tylko od nas to zależy, tak ułóżmy nasze zajęcia poranne, by codzienne rozmyślania móc odprawić zazwyczaj przed Mszą św. Od czasu do czasu poświęćmy je całe lub jego część na to, by ze wszelką gorącością ducha, na jaką nas stać, aktualnie włączyć w Mszę św. siebie samych i nasze zajęcia bieżącego dnia. Wyliczmy je szczegółowo: nie zapomnijmy o żadnym naszym kroku, słowie, uderzeniu serca. By wszystko to stało się wraz z Ofiarą Chrystusa jednym uwielbieniem, jednym dziękczynieniem, jednym wynagrodzeniem, jednym błaganiem, wszystkim co chcielibyśmy powiedzieć Ojcu i co dla Niego chcielibyśmy uczynić.

     Nie bójmy się powiedzieć wtedy Panu Bogu, że z tej Mszy św., którą za chwilę będziemy sprawować, chcielibyśmy zaczerpnąć miarą Matki Najświętszej dla zrealizowania w sobie, w tych, których kochamy, w duszach nam powierzonych, w Kościele i ludzkości tych dóbr, o które Chrystus kazał nam prosić w swej modlitwie. Nie zapominajmy o żadnym konającym w tym dniu, o żadnej duszy w czyśćcu, o jednym człowieku na świecie. Gorącość i wielkość naszych pragnień podoba się Bogu, gdy za nim stoi szczerość życia. Nasze możliwości są ogromne: nieszczęście nasze, że ich nie doceniamy. Bo zbyt mało wierzymy w nieskończoną życzliwość Bożą dla nas i w miłość, jaką ma Ojciec dla Swojego Syna i Jego dzieła w duszach.

 

PRAGNIENIE NAJWYŻSZEJ CZYSTOŚCI

Skoro pragniemy, by dusza nasza w kontakcie z Ofiarą Chrystusa była czysta, spowiadajmy się często. Te kilka kropli Krwi Chrystusowej, podczas rozgrzeszenia kapłańskiego spadające z Krzyża na naszą duszę, odradzają ją całkowicie i czynią niewinniejszą od kwiatów, które miewamy przed sobą na ołtarzu.

     Posługujemy się często aktem żalu. Znamy jego moc oczyszczającą: jeżeli płynie z miłości bezinteresownej, a połączony jest z awersją do najmniejszych niewinności łasce i pragnieniem najwyższej czystości ze względu na święte tajemnice, które mamy sprawować, czystość taką osiągamy.

     Niekiedy całe nasze rozmyślanie poprzedzające Mszę św. obróćmy na to, by wyznawać przed Bogiem naszą niegodność i winy, gdy czujemy, że i to nie wystarczy, ofiarujemy jako nasze, usposobienie i uczucia Matki Najświętszej podczas Jej życia, szczególnie na Kalwarii: Jej niewinność, wiarę, miłość, ofiarność. To nasze pragnienie – prośbę zmieśćmy w dwóch słowach: „Niepokalane Serce Maryi, bądź moją dyspozycją?”.

     Uczucie niewystarczalności niekiedy każe nam z wielką gorącości ducha zwracać się o pomoc do Aniołów i świętych.

 

PO MSZY ŚWIĘTEJ

Niżej przytoczone słowa pisarza świeckiego zmuszają nas do zastanowienia.

     „Ludzie wracają ze Mszy św. rozmawiają i śmieją się: są przekonani, że nic nadzwyczajnego nie widzieli... Można by sądzić, że byli świadkami czegoś zupełnie zwyczajnego i naturalnego; tymczasem rzecz ta, choćby tylko jeden raz się rozegrała, starczyłaby, aby przyprawić o ekstazę zachwytu świat namiętny.

     Wracają z Golgoty, rozmawiają o pogodzie. Tylko dzięki tej obojętności nie dostają pomieszania zmysłów.

     Gdyby powiedziano im, że Maryja i św. Jan wracając z Kalwarii rozmawiali o rzeczach błahych, powiedzieliby, że to niemożliwe. A tymczasem właśnie oni tak postępują.

     Ubóstwo ich serca nie jest ani wielkie, ani małe: jest ono nieskończone. Moce, Trony, władze są mniej potężne niż niedorozwój ich duszy”. („I uwierzyliśmy miłości”  s. 133).

     Jeżeli w wieczności będziemy czegoś żałować, to tych Mszy św.

może licznie odprawionych w naszym kościele czy kaplicy, z których niejednej,  przy odrobinie zapobiegliwości, moglibyśmy byli wziąć udział bez uszczerbku dla naszych obowiązków. Nie jestem do tego obowiązany? Prawda, lecz również jest prawdą, że Msza św. także i ta nieobowiązkowa, ogromem swej wewnętrznej treści przygważdża nas do miejsca, zmusza do pozostania, jak i to, że w tej chwili, gdy ona się odprawia, miliony ludzi pod każdą szerokością i długością geograficzną potrzebują pomocy. Za całe jedno życie ileż to łask sprowadzonych na nich tą drogą, lub zmarnowanych.

     Każdy dzień życia, choćby cierpiącej starości jest bezcenny, skoro niesie z sobą Mszę św. Cenniejsze jest tylko pełnienie woli Bożej.

 

MATKA BOŻA

Nad wzrostem Jezusa w Betlejem i w Nazarecie czuwała Maryja i tak już pozostało na wieki. Bez Niej Jezus nie rodzi się i nie wzrasta w żadnej duszy. Matki Jezusa nie może zatem zabraknąć i na naszej drodze ku miłości doskonałej. Przeprowadzając odnowę trzeba nam więc ożywić całe nasze odnoszenie się do Niej.

     Dokumenty soborowe twierdzą, że naszą miłość do Boga winniśmy przeżywać niejako na dwu płaszczyznach: w ramach wspólnoty Kościoła i przez nią, a równocześnie także indywidualnie utrzymywać z Bogiem łączność dziecka z najdroższym Ojcem. Otóż to samo powiedzieć należy i o naszym odnoszeniu się do Matki Bożej. Trzeba nam czcić Ją i kochać jako Matkę Kościoła, a równocześnie utrzymywać z Nią ustawiczny kontakt dziecka ze swoją Matką. By postawę tę ożywić, mówić będziemy o Jej macierzyńskiej miłości dla każdego z nas.

 

JEJ MIŁOŚĆ DLA JEZUSA

Ośrodkiem życia Maryi była jej miłość dla Jezusa. Była to miłość najidealniejszej Matki, jaką widziała nasza ziemia. Jej serce matczyne jest przecież arcydziełem Bożym, obdarzone zdolnością miłowania jak żadne inne. Miłość ta była tym większa, że żadne dziecko na ziemi swymi przymiotami nie dorówna nigdy Jej dziecku. Od pewnej chwili Jej miłość dla Syna zlała się w jedno z Jej miłością dla Boga, którym On był.

     Jak niewypowiedzianą zatem miłością Maryja kochała Jezusa we wszystkich fazach Jego rozwoju: niemowlę w Betlejem i w Egipcie, najcudowniejsze Dziecko w Nazarecie, dorastającego młodzieńca, mężczyznę w Jego życiu ukrytym, publicznym, w czasie Jego męki.

     Natężenia tej miłości, wszystkich jej odcieni, zależne od wieku Chrystusa, nie potrafimy sobie wyobrazić. To zjawisko jedyne. Uczucie to potęgowało się jeszcze w miarę jak Maryja uświadamiała sobie coraz więcej, w jakim stopniu Syn odwzajemnia Jej miłości.

     Z tej to naczelnej miłości Maryi rodziły się wszystkie inne postawy Jej duszy: radości, pragnienia, obawy, smutki, boleści. Były one tej samej intensywności, co Jej miłość dla Jezusa. Jak niesłychanie więc bogate musiało być życie wewnętrzne Maryi! To zjawisko jedyne! Maryja jest naprawdę Królową i pod tym względem.

     Gdy mowa o życiu wewnętrznym Maryi, nie podobna pominąć milczeniem Jej cierpień wewnętrznych. Matka zazwyczaj nie wie co czeka jej dziecko. Jego przyszłość choćby najtragiczniejsza, jest przed nią zakryta. Matka nie wie. Tymczasem Maryja przeczuwała. Słowa Symeona nie należały do takich, o których matka z czasem może zapomnieć. Wszystko co zagrażało Jej Dziecku, uderzało najpierw w Nią samą. Przeczuwane Jego cierpienia były Jej własną obawą i cierpieniem. Nie potrafimy wyobrazić sobie ich wielkości, gdyż nie jesteśmy w stanie urobić sobie właściwego pojęcia o Jej miłości dla Jezusa.

     Miłość Matki Bożej dla Chrystusa i wszystkie jej postacie, jest pod pewnym względem jakby naszą własnością, w następstwie świętych obcowania. W tej bowiem olbrzymiej Bożej Rodzinie, jaką jest Kościół, naczelnym prawem i jej życiem jest miłość. A gdzie jest miłość tam wszystko jest wspólne.

     Gdy przygniata nas poczucie własnej niegodności i niewystarczalności, możemy ofiarować Chrystusowi Jej miłość jako nasze przygotowanie do Mszy św., Komunii świętej, lub jako dziękczynienie – niekiedy jako naszą prośbę.

     Taka to treść kryje się za zasłoną wyrażenia „Niepokalane Serce Maryi” bezmiar miłości Matki Bożej dla Swego Syna we wszystkich

jej postaciach i we wszystkich zdarzeniach Jego życia, radosnych, bolesnych, chwalebnych. 

 

PRZELAŁA SIĘ TAKŻE I NA MNIE

Nie wyczerpaliśmy jednak całej treści tego wyrażenia. Nie można bowiem pominąć milczeniem faktu, że miłość Maryi dla Chrystusa przelała się także i dla nas. W Jej oczach jesteśmy bowiem czymś nieoddzielonym od Niego. Stanowimy z Nim jedno, gdyż jesteśmy jakby Jego członkami. Jej Synem jest cały Chrystus, nie tylko Głowa, lecz i poszczególne członki chociaż w innym znaczeniu. A więc i ja jestem Jej dzieckiem.

     Darzy mię Ona w jakimś stopniu tym bezmiarem miłości matczynej, najtkliwszej, najżyczliwszej, niewypowiedzianej, jaką darzyła Chrystusa. Chociaż niegodny, mam więc udział w tym spojrzeniu pełnym miłości, jakim Matka Najświętsza obejmowała Swoje Dziecko. W Jej bezmiernej życzliwości dla Niego. W Jej nieustannej troskliwości o Jego dobro. W Jej niewypowiedzianym współczuciu, gdy przychodzi mi cierpieć.

     Nie jest to tylko jakieś pobożne mniemanie, lecz nauka konstytucji o Kościele. Mówiąc o macierzyństwie Maryi dokument ten powiada: To zaś macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie, poczynając od aktu zgody przy zwiastowaniu aż do dopełnienia się zbawienia wszystkich wiernych... Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się Ona braćmi Swojego Syna, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, póki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej Ojczyzny. (KK 62).

     Encyklika „O mistycznym Ciele Chrystusa” mówi: „Mistyczne Ciało Chrystusa... (Maryja) objęła tą samą matczyną troską i miłością ofiarną, jaką Dzieciątko Jezus w żłobku tuliła i karmiła”.

     Dokumenty oficjalne Kościoła zapewniają mnie więc, że i mnie Matka Najświętsza obejmuje tą samą miłością i troską, jaką otacza Swojego Syna. Gdybym pełniej uświadomił to sobie, inaczej wyglądałoby moje odnoszenie się do Niej. Jak bardzo bym Ją czcił, kochał, ufał Jej. Każda napotkana Jej kapliczka przydrożna byłaby mi radosnym promykiem.

     Taką to treść kryje w sobie wyrażenie „Niepokalane Serce Maryi”. Jej miłość niewypowiedziana dla Chrystusa we wszystkich jej postaciach i bezmiar Jej miłości macierzyńskiej dla każdego z nas.

     „Adeamus cum fiducia ad thronum gratiae, ut misericordiam conse uamur”. “Zbliżamy się z ufnością do tronu łaski, abyśmy dostąpili miłosierdzia”. (Hbr 4, 16). 

O autorze

ks. Władysław Majka SCJ

sercanin, ur. w 1904 r. w Zegartowicach, zm. w 1989 r. w Stadnikach, pierwszy magister nowicjatu w Prowincji Polskiej Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego, przełożony prowincjalny (1953-1954), ojciec duchowny, autor publikacji o duchowości sercańskiej. 

ad-1
ad-2

Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego (Księża Sercanie)
Sercańskie Centrum Duchowości

02-531 Warszawa, ul. Łowicka 46

+48 22 849 43 51

duchowosc@scj.pl

https://duchowosc.scj.pl/

Facebook Instagram YouTube Wydawnictwo Dehon

Zobacz

  • Sercanie w Polsce
  • Sercanie w świecie

Periodyki naukowe SCJ

  • Periodyk naukowy "Sympozjum"
  • DehonDOCS Originals
  • DehonDOCS International
  • Czasopismo Dehoniana (DehonianaDocs)
  • Studia Dehoniana i Studia Varia

Strony z publikacjami sercanów

  • Ks. Zdzisław Huber SCJ (DehonWiki)
  • Ks. Leszek Poleszak SCJ

© Zgromadzenie Księży Najświętszego Serca Jezusowego (Księża Sercanie)